Dziennik Bałtycki o powrocie naszej Inatiz do Gdańska

Bardzo ciepły artykuł o powitaniu naszej Inatiz w macierzystej Przystani Cesarskiej  zamieścił Dziennik Bałtycki:

https://dziennikbaltycki.pl/jacht-inatiz-z-kapitanem-maciejem-sodkiewiczem-i-jego-zaloga-powrocil-do-gdanska-z-lodowej-wyprawy-do-polnocnych-krancow-swiata/ar/c2-17019151?utm_source=facebook.com&utm_medium=dziennik_baltycki&utm_content=sport-inne&utm_campaign=jacht-inatiz-z-kapitanem-maciejem-sodkiewiczem-i-jego-zaloga-powrocil-do-gdanska-z-lodowej-wyprawy-do-polnocnych-krancow-swiata

Zakończenie wyprawy – serdecznie zapraszamy!

Już w sobotę 5 listopada nasz jacht Inatiz zawinie do Gdańska. Nasza dzielna stalowa dziewczyna wraca z unikalnej, trwającej pół roku wyprawy na wody kanadyjskiej Zatoki Hudsona – Hudson Bay Expedition 2022.

Mamy mnóstwo powodów do radości:

  • Inatiz wraca bezpiecznie do domu po przebyciu jakiś 11 000 mil morskich, z których większość przypada na najbardziej odległe i nieprzyjazne żeglarzom akweny.
  • Jako drugi polski jacht wpłynęła na wody Zatoki Hudsona i po raz pierwszy w zaniosła polską banderę na jej północną odnogę – Basen Foxe’a – wypełniając w ten sposób jedną z ostatnich plam w historii polskiego żeglarstwa.
  • Inatiz była też pierwszym jachtem pod obcą banderą, który wpłynął w Arktykę Kanadyjską od czasu rozpoczęcia pandemii Covid-19.
  • A wrażeń z wyprawy przywieźliśmy niesłychaną ilość, bo nasz jacht odwiedził 10 osad Inuickich – a jego załoga miała unikalną okazję poznać kulturę i życie ich mieszkańców.

Dlatego wspólnie – organizatorzy wyprawy i przyjaciele jachtu – postanowiliśmy zorganizować uroczyste powitanie jachtu, w jego macierzystej, gdańskiej Przystani Cesarskiej
Swoją obecność zapowiedzieli już patroni honorowi wyprawy, załogi wszystkich etapów wyprawy – oraz przyjaciele żeglarze.
Wydarzenie jest otwarte dla wszystkich i chcielibyśmy bardzo serdecznie zaprosić wszystkich miłośników podróży i sympatyków żeglarstwa.

Co planujemy:
11:45 – 12:00 – na nabrzeżu Przystani Cesaskiej (Gdańsk, ul.Dokowa 1) oczekiwanie na wpłynięcie jachtu przy dźwięku szant w wykonaniu Kamila Badziocha
Około 12:00 – wpłynięcie jachtu, krótkie powitanie wyprawy w macierzystym porcie przez patronów
Około 12:30 – Przenosimy się do ogrzewanego namiotu sferycznego sąsiadującego z miejscem postoju jachtu
Około 12:40 – podsumowanie wyprawy przez kapitana Macieja Sodkiewicza:

  • podziękowania dla przyjaciół i osób zaangażowanym w wyprawę – bez nich ten projekty by się nie udał!
  • pokazy zdjęć i filmów z różnych etapów wyprawy – wrażeniami na gorąco dzielić się będą uczestnicy poszczególnych etapów
  • w przerwach między opowieściami o szantowy klimat imprezy zadba Kamil Badzioch, jeden z najlepszych trójmiejskich szantymenów
  • dla zgłodniałych będzie mały poczęstunek żeglarski
  • na zakończenie koncert zespołu szantowego „Trzy Majtki”

Impreza jest darmowa i otwarta dla wszystkich. Serdecznie zapraszamy!

Graffiti

Wędrując przez osadę napotkaliśmy przepięknie pomalowany dom, który wzbudził naszą ogromną ciekawość. Zagadnęliśmy więc przechodzącego mieszkańca i po chwili usłyszeliśmy historię widniejącego na ścianie graffiti.

Przez ponad sto lat Inuitom zabraniano połowu niektórych gatunków wielorybów – dopiero piętnaście lat temu osada otrzymała przywilej połowu wielorybów grenlandzkich (bowhead whale). Pierwszego udało się złowić w 2007 roku, następnego rok później, a trzeciego dopiero 3-4 lata temu. Upolowanie wielkiego wieloryba, z małej łodzi, harpunem to nie lada wyczyn. Zauważone przez was graffiti przedstawia twarze wszystkich naszych łowców, którzy wzięli udział w pierwszym polowaniu. Do tej pory jesteśmy jedyną osadą w Nunavik, której udało się upolować wieloryba grenlandzkiego!

 

A co mieści się w tym domu? To tak zwany bezpieczny dom. Jednym z problemów Inuickich społeczności jest przemoc domowa. W małych, zamkniętych i odizolowanych społecznościach jej ofiary nie mają dokąd uciec. Komuna stworzyła więc miejsce, aby te osoby mogły znaleźć schronienie. Mogą tu zamieszkać na jakiś czas, mają także zapewnioną pomoc psychologa…

Co Inuita trzyma w zamrażarce

Foxe Basin. Olbrzymi, długi na ponad 350 mil zbiornik leżący na północ od Zatoki Hudsona. Zakończony – niby korkiem – Cieśniną Hecla and Fury, wypełnioną nigdy nietopniejącym wieloletnim lodem. Jedyna dostępna mapa zawiera w większości białe plamy. Brak sondowań głębokości zupełnie nie dziwi – tutaj nikt nie pływa jeśli nie musi. Pływają za to wspaniałe białuchy, morsy i foki. Na końcu zatoki istnieją dwie Inuickie osady – Sanirajak oraz Igloolik w których kultywuje się klasyczny styl życia i Inuickie tradycje… Tak właśnie narodził się kilka lat temu w mojej głowie plan na wyprawę.

Lód na Foxe Basin zazwyczaj topił się wyjątkowo późno. Z napięciem obserwowaliśmy mapy lodowe i wyglądało na to, że mamy dużo szczęścia – już pod koniec sierpnia zatoka była praktycznie wolna od lodu, pogoda była dobra. Mogliśmy płynąć. Do tego ostatnim dniom sierpnia towarzyszyły wciąż dodatnie temperatury, a nocą niebo rozświetlały zorze polarne. Było aż podejrzanie sielankowo… I wtedy na północy zatoki dały znać o sobie silne wiatry, momentalnie przepychając przez Heclę zbite masy starego lodu, który pchany prądami morskimi zaczął sunąć nam na spotkanie. Spotkaliśmy się 40 mil od Igloolik. Sielankowa żegluga przekształciła się w walkę z lodowym pakiem – jacht sunął z minimalną prędkością klucząc i szukając kanałów pomiędzy dużymi i mniejszymi lodowymi krami. Niektóre z nich miały ponad sto metrów długości. Zaczął padać deszcz, temperatura spadła do +2C. Ciekawe, ile razy każdy z nas zadawał sobie pytanie po co właściwie my się tu pchamy… Lód skończył się na trzy mile przed leżącym w dobrze osłoniętej zatoce Igloolik. W końcu byliśmy u celu!

Osada na pierwszy rzut oka niczym nie różniła się od pozostałych osiedli Nunavut – drewniane domy, dwa sklepy, błotniste ulice. Był nawet szyld M&R Cafe z neonem krzyczącym „open”. Neon tutaj? Wrodzona ciekawość kazała nam to sprawdzić i zajrzeć do środka. Ku naszemu zaskoczeniu wnętrze kryło mini barek z kawą i kanapkami, stoisko z lodami, lokalny sklepik spożywczy oraz… pizzerię! Pizza na końcu świata? Naprawdę? Po to tutaj przypłynęliśmy???

Staliśmy na plaży i obserwowaliśmy jak grupa mężczyzn przygotowuje łódź do drogi. Zaciekawiony, podszedłem i zapytałem gdzie się wybierają.
– Jutro płyniemy na polowanie – odparli z dystansem. Nagle jeden z nich zainteresował się naszym jachtem.
– Skąd przypłynęliście?
– Z Polski. W Europie.
– Tak, wiem, gdzie jest Polska. Widziałem ją na mapie – odparł z dumą.
Bariera obojętności tubylców momentalnie pękła. Zostałem zasypany milionem pytań. Największe zdumienie wywołało wyznanie, że wyruszyliśmy z Polski w połowie maja i przypłynęliśmy tu by poznać ich kulturę oraz styl życia. Teraz ja przystąpiłem do pytań:
– Ile paliwa zabieracie na polowanie? Ile pali wasz silnik na godzinę? …i na co właściwie będziecie polować??
Wybierali się na polowanie na morsy.
– Ty jesteś kapitanem?
– Tak – odparłem.
– Miło mi Cię poznać. Nazywam się Luis Utek. Ta większa łódź jest moja, tą drugą pokieruje mój syn – dodał z dumą.
Jak się poluje na morsy i dlaczego właśnie na nie? Luis wyjaśnił mi, że morsy, białuchy i foki stanowią większość ich diety, chociaż polują także na karibu i łowią ryby.
Podszedł do stojącego obok łodzi pick-upa i wyjął z paki harpun. – Tym właśnie polujemy. – Pokazał mi jak zakłada się mosiężny grot, który następnie odpada w ciele ofiary, obraca się i blokuje. Do niego przywiązana była długa linka z bojką. Wyjaśnił, że najlepsze linki robi się z foczej skóry. Gdy zapytałem czy używa jeszcze takich, uśmiechnął się szeroko i już po chwili jechaliśmy razem z Ewą samochodem w stronę jego domu.

Wewnątrz było gorąco, dobre 25 stopni. Na kuchennym stole stały resztki obiadu. Coś, co z daleka wyglądało jak arbuz, okazało się być tłuszczem z narwala – Inuici jedzą go na surowo, jedynie czasami maczając w sosie sojowym. Nad stołem wisiał przepiękny róg narwala. Okazało się, że to najnowsze trofeum syna Luisa zdobyte przez niego raptem kilka dni wcześniej w Arctic Bay. Narwale w tej okolicy przestały pojawiać się kilka lat temu, więc teraz Inuici muszą zmieniać tereny łowieckie. W pewnym momencie Luis otworzył wielką skrzyniową zamrażarkę i zaczął wyjmować ze środka dziwne rzeczy. Najpierw głowę morsa z kłami, następnie różne elementy stroju myśliwskiego.
– To są moje spodnie, a to parka mojego syna. Tutaj mamy specjalne buty na słoną wodę, a te tutaj są na śnieg. Wszystko to uszyła z foczej skóry moja żona.
Okazało się, że ubrania ze skór muszą być trzymane w mrozie, bo inaczej tracą właściwości i zaczynają pękać.
– Jeśli chcecie, to mój syn założy strój w którym poluje. – Siedzący na kanapie nastolatek bez słowa zdjął klapki i zaczął zakładać wyjęte właśnie z zamrażarki, trzeszczące jeszcze od lodu, skórzane ubrania. W poszukiwaniu rękawic Luis otworzył lodówkę. Tam na jednej z półek stały jogurty, a na sąsiedniej leżały rękawice. Dolna szuflada lodówki skrywała skarby pani domu – ścięgna karibu i białuchy, rzemyki z foczej skóry, a do tego mnóstwo organicznych rzeczy, których nawet nie potrafię nazwać. To wszystko miało posłużyć do szycia kolejnych ubrań. Szukając swojej foczej linki na polowanie, Luis przetrząsnął jeszcze dwie szuflady dolnej zamrażarki.
– O, tutaj mam jeszcze bat do psiego zaprzęgu, tu mięso karibu, a tu specjalny przysmak. Słyszeliście o fermentowanym mięsie morsa? Kiedy złowimy dużo morsów, formujemy z ich mięsa wałki, zawijamy w tłuszcz wraz ze skórą, zaszywamy, a następnie zakopujemy w ziemi. Jedna rolka może ważyć nawet 250 funtów. Zostawiamy je pod ziemią gdzie fermentują do listopada, aż zamarzną. Niektórzy mówią, że nie pachną najlepiej, ale za to jak smakują… Na szczęście Luis okazał się na tyle taktowny, że nie proponował nam degustacji.

Jachty na Zatoce Hudsona

Wody Zatoki Hudsona przez prawie dziewięć miesięcy w roku pokryte są lodem. Mapy Zatoki są fragmentaryczne i bardzo niedokładne, a dodatkowo większość tych wód stanowi poligon wojskowy Kanadyjskiej Marynarki Wojennej. Połączenie tych czynników sprawia, że każdy jacht pojawiający się na tych niegościnnych wodach stanowi nie lada sensację. Rozmawiając z Harbour Masterem w Churchill wypytywaliśmy o jachty, które przybyły tu przed nami. Irvin przyznał, że nie pamięta kiedy był poprzedni. Na pewno nie w ciągu ostatniej dekady – pracuje w tym porcie od 1977 roku, ale jachty może policzyć dosłownie na palcach ręki – doskonale je pamięta i od razu pokazał nam ich zdjęcia. W 1986 roku pojawił się tu amerykański jacht Palawan II należący do założyciela IBMa, a mniej więcej dziesięć lat później francuski Lotus, który próbował zimować na północy Hudsona. Uszkodził wał i konieczne było wyjęcie go z wody oraz naprawa w Churchill. Był jeszcze czeski jacht, który trafił na tak ciężką pogodę na Zatoce, że właściciel zdecydował się go wyjąć z wody i wysłać do Europy statkiem. Dodatkowo Churchill odwiedził także duży jacht regatowy, ale jak się nazywał, tego już Irwin nie pamięta.

Po odwiedzinach polskiej Zjawy IV w 2005 roku w pamięci mieszkańców Churchill nie pozostał żaden ślad. Widocznie nic nie zbroili 😉

W innych osadach – a do tej pory odwiedziliśmy ich siedem – tylko manager sklepu w Kimmirut pamiętał jeden jacht – przypłynął w 2016 roku. To musiał być jeden z trzech, którym do tej pory udało się pokonać cieśninę Hecla and Fury. Nigdzie indziej, nikt jachtów żaglowych nie pamiętał.

Dwa lata temu do osad Nunavut zawitało LTE i teraz każda społeczność porozumiewa się przez swoją grupę na Facebooku. Dzięki rozlicznym koligacjom rodzinnym, wieść o pomarańczowym polskim jachcie Inatiz płynie przed nami od osady do osady 😊