Kpt. Jerzy Różański odpłynął w najdalszy rejs

kpt. Jerzy Różański

W poświąteczną niedzielę, 27 grudnia wyruszył w ostatni, najdłuższy rejs kpt. Jerzy Różański. On i jego czerwona Eltania przez dekady uosabiali to, co najwspanialsze w polarnym żeglowaniu: wytrwałość, mądrość płynącą z doświadczenia, siłę tkwiącą w prostocie. Nikt tak jak on nie znał kamieni na dnie każdej z zatok Spitsbergenu. Dziś możemy tylko liczyć, że żeglując po największym z oceanów z sympatią będzie czuwał nad nami.
Kpt. Krzyśkowi Różańskiemu i jego Rodzinie chcielibyśmy przekazać najcieplejsze wyrazy współczucia i życzyć dużo siły w trudnym czasie.

Zasłużony dla Pomorskiego Żeglarstwa

Nagroda PoZZ Nasz Kapitan Maciej Sodkiewicz został uhonorowany medalem za szczególne zasługi dla Pomorskiego Żeglarstwa. To najwyższe odznaczenie Pomorskiego Związku Żeglarskiego. Kapituła doceniła jego wkład w pielęgnowanie tradycji jachtów z duszą, organizację wydarzeń żeglarskich a także dalekie wyprawy w najzimniejsze rejony Świata. Tak w skrócie można podsumować dwadzieścia lat żeglowania Maćka i sto tysięcy mil kilwateru za rufą.
Śmiejemy się, że dla niego najwyższy czas na emeryturę 😛 😉 ale Maciek twierdzi, że wprost przeciwnie, że pora w końcu gdzieś pożeglować 😃

Werdykt Rejsu Roku 2019 – mamy wyróżnienie!

Życzenia na 2020Kończy się rok, pora na podsumowania, liczenie przebytych mil, sztormowych godzin (czy te w Arktyce liczą się poczwórnie??) i obiecywanie samym sobie, że już nie będziemy aż tak optymistycznie liczyć sił na zamiary…

Ale w Gdańsku nasza Tizzy tylko czeka, żeby w końcu ruszyć po przygodę w Arktyce, a w głowach kłębi się mnóstwo marzeń. Trzeba będzie znów zakasać rękawy i zacząć je realizować – bo kto, jeśli nie my? 🙂

A rok 2019 podsumowało nam Jury Rejsu Roku, przyznając Maćkowi Sodkiewiczowi Wyróżnienie za naszą wyprawę w Rosyjską Arktykę! Jak gdyby nie dość było dziś okazji, by otworzyć szampana 😉

Pangea i Mike Horn – Nowy arktyczny rekord!

Pangea at 85N

Pangea at 85N

Dzisiaj, 30 września 2019 jacht Pangea dotarł do granicy pokrywy lodowej bieguna północnego. Na jego pokładzie przebywają Mike Horn i Børge Ousland, którzy przygotowują się do wyprawy w poprzek czapy bieguna. Pangea miała zadanie dowieźć dwóch doświadczonych polarników jak najdalej na północ – by maksymalnie skrócić ich drogę i pozwolić im uniknąć ryzyka związanego z przejściem przez skruszone połacie paku lodowego.
Pangea to zaprojektowany w najdrobniejszych szczegółach 35 metrowy, aluminiowy jacht ekspedycyjny o ożaglowaniu typu kecz, noszący 600 metrów kwadratowych żagli. Zadbano również o to, aby jacht był maksymalnie przyjazny dla środowiska – zainstalowano niskoemisyjne silniki, kokpit wyłożono panelami fotowoltaicznymi, a generatory produkują spalając wodór – w wyniku czego powstaje jedynie para wodna.
Pangea dotarła na 85°34’ N o własnych siłach, bez wsparcia holowników czy lodołamaczy, ustanawiając nowy rekord żeglugi na północ dla jachtów żaglowych. Gratulując wytrawnym żeglarzom i polarnikom możemy powiedzieć tylko jedno – Lodowe Krainy jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa 🙂

Zapowiedź zimy w Arktyce

Choć w Arktykę zawitała już jesienna pogoda, z ujemnymi temperaturami, deszczem i śniegiem, uczestnicy wyprawy Lodowe Krainy – Rosyjska Arktyka 2019 wciąż eksplorują wyspy w centralnej części archipelagu Ziemi Franciszka Józefa: Wylądowali na wyspie Jacksona, gdzie zimowali Nansen z Johansonem wracając z marszu w stronę bieguna północnego oraz odnaleźli ruiny fortu Mc Kinley, tragicznej pamiątki po ekspedycji Wellmana. Dwa miejsca, które muszą budzić emocje u każdego żeglarza polarnego. Swoje wrażenia przesłał nam Maciek Sodkiewicz, kapitan wyprawy:

„Półwysep Norwegia – z daleka to miejsce nie wyróżnia się niczym. Nieduża plaża u stóp stromej góry. Jedno z niewielu miejsc wolnych od lodu. Na plaży uderza cisza i pustka, nie ma tu nic – no prawie nic. Na niewielkim wzniesieniu, kilkanaście metrów od brzegu znajduje się płytka jama. Kamienie wybrano ciężką pracą dwóch par rąk i ułożono w niewysokie ściany, sięgające ledwie dziewięćdziesięciu centymetrów. Na nich jedna kłoda drewna dryftowego jako konstrukcja dachu, kiedyś przykryta skórami morsów. To właśnie tu, 28 sierpnia 1895 roku Nansen postanowił przeczekać zimę. Nie mogę w to uwierzyć. Przecież sierpień to pełnia lata jeszcze. Próbuję wyobrazić sobie to miejsce takie, jakim widział je Nansen. Z pewnością było więcej śniegu – przecież nawet w tym roku część kanałów pomiędzy wyspami nie odmarzła i dalej zabita jest zimowym lodem. Ale na razie trwa dzień polarny, kolorowe porosty chłoną światło krótkiego lata.

Ledwie kilka dni później mogę docenić roztropność wielkiego norweskiego polarnika.
Zima przyszła nagle i gwałtownie, z pierwszym jesiennym niżem temperatura spadła do -6C, a góry przyprószył śnieg. Pod nogami chrzęszczą zamarznięte porosty, lodowaty wiatr smaga twarz. Stoję na kamienistym półwyspie Ziemi Wilczka wpatrując się w mogiłę Bernta Bentsona. Kilka metrów dalej, pod osłoną skały, znajdują się pozostałości „Fortu Mc Kinley”. To ślad jednej z tragicznych i jednocześnie pięknych historii polarnych – o lojalności i wartości danego słowa.”

W 1898 roku, cztery lata po zakończeniu ekspedycji Nansena, Amerykanin Walter Wellman wyruszył w kierunku bieguna północnego. Pierwszy zimowanie wyprawy musiał zorganizować na zaledwie 80N, na południowym krańcu Ziemi Franciszka Józefa. Planując wymarsz na biegun wczesną wiosną, postanowił założyć skład zapasów w okolicy 82N. Na północ wyruszyła sześcioosobowa grupa Norwegów pod dowództwem Baldvina, zastępcy Wellmana.
Z powodu złej pogody grupa dotarła zaledwie do 81N, a Baldwin postanawił założyć bazę na półwyspie Gellera na Ziemi Wilczka. Pod osłoną góry zbudowali z kamieni chatkę dumnie nazwaną Fortem Mc Kinley. Konstrukcją przypominała on Nansenowskie zimowisko lecz była większych rozmiarów. U Nansena ledwie mieściły się dwie śpiące osoby. Tu wyodrębniono część składową oraz mieszkalną. Kamienne ściany zostały przykryte skórami upolowanych morsów.

Baldwin zarządzał swoją grupą przez żelazną dyscyplinę. Mogli żywić się tylko mięsem upolowanych niedźwiedzi i morsów. Zapasy miały pozostać nienaruszone dla głównej ekspedycji. Norwegowie – doświadczeni polarnicy m.in. z wyprawy Nansena – zaczęli się buntować, więc lider podzielił grupę. Na straży prymitywnej chaty zostawił dwóch najbardziej zdyscyplinowanych: Paula Bjorviga i Berta Bentzena. Z pozostałą czwórką powrócił do komfortowego obozowiska głównej grupy ekspedycji.
Bjorvig i Bentzen mieli pilnować zapasów, z których wolno im było użyć przez zimę tylko odrobiny kawy. Mieli żywić się mięsem upolowanych morsów, a spalany tłuszcz powinien zapewnić ciepło.

W listopadzie 1898 Bentzen poważnie zachorował i nie był w stanie chodzić. Bjorvik troskliwie się nim opiekował, jednak nie ośmielił się naruszyć zapasów. W trakcie niekończących się godzin nocy polarnej chory zwierzył się przyjacielowi, że najbardziej boi się rozszarpania i zbezczeszczenia ciała przez niedźwiedzie. Obaj uzgodnili, że w przypadku śmierci któregoś z nich, drugi poczeka z pochówkiem aż do wiosny. Bert Bentzen zmarł 2 stycznia 1899 roku.

Pod koniec lutego Wellman wyruszył na północ. Na początku marca w Forcie Mc Kinley powitała go tylko jedna osoba. W maleńkiej izbie w sąsiednim śpiworze leżały zamarznięte zwłoki Baldwina. Bjorvik dotrzymał obietnicy i przez prawie dwa miesiące dzielił miejsce z martwym przyjacielem.

Stacja polarna w Tichej Buchcie

Dokładnie 90 lat temu, 29 sierpnia 1929 roku w Buchcie Tichej, powstała całoroczna rosyjska stacja polarna. Nazwę zatoce nadał Gieorgij Sedov, który schronił się tu przed  jesiennym sztormem i zimował w latch 1913-1914. Załoga Lady Dana 44 również schroniła się tam przed załamaniem pogody, kowicząc przy brzegu 30 sierpnia wieczorem. Nasi żeglarze z niemałum zaskoczeniem stwierdzili, że urodziny stacji jeszcze trwały…

Było co świętować, bo historia stacji jest niezwykle ciekawa. W latach trzydziestych XX wieku władzom ZSRR bardzo zależało by była to stacja całoroczna. Aby podnieść morale polarników w czasie długich miesięcy nocy polarnej, pozwolono im zabierać do Tichej Buchty żony. Podobno obecność kobiet poprawiała higienę, łagodziła obyczaje oraz… zmniejszała spożycie alkoholu podczas zimowania.
Miała też inne konsekwencje, być może nie w pełni zaplanowane przez władze sowieckie: 27 kwietnia 1935 roku na świat przyszło pierwsze dziecko urodzone tak daleko w Arktyce. Było to niebagatelne wydarzenie. Rada stacji zebrała się, by kolektywnie wybrać imię dla pierwszej Arktycznej Rosyjskiej dziewczynki. Propozycję były niebanalne: Polarina,
Hookernaja (od nazwy wyspy), Nordlina, Polarissa, Arctina, Pomossina, Barentsa, Zefika, Bavaltina, Ledoxana (od lodołamacza) i Sevierina.
Ostatecznie świat powitał Sievierinę Josifovnę Bitrikin. Przed upływem roku dołączył do niej brat Rodwark (od rodziłsa w Arktikie ). W sumie na stacji urodziło się dziesięcioro dzieci.

Najważniejsze wydarzenia stacji, takie jak zawierane małżeństwa, narodziny, zgony, wizyty statków i samolotów zapisywano w specjalnej księdze pamiątkowej. Gdy stację zamknięto w 1960 roku księga przepadła. Odnalazła się po kilkudziesięciu latach na aukcji internetowej i szczęśliwym trafem została wykupiona przez pracowników Parku „Ruskaja Arktika”.
Oryginał po rekonstrukcji trafi oczywiście do muzeum, lecz wykonano wierną kopię i postanowiono kontynuować tradycję wpisów. Od  tego roku kapitan każdego przypływającego tu statku ma przywilej pozostawienia śladu po swojej obecności w Buchcie Tichej. Taki zaszczyt przypadł także załodze wyprawy Rosyjska Arktyka 2019. To trzeci wpis w nowym rozdziale księgi – i co ciekawe kapitan Maciek Sodkiewicz został poproszony o zredagowanie go po polsku. To ogromna frajda pozostawić trwały, polski
ślad w historii tego niezwykłego miejsca.

Kapitańskie urodziny

Choć w Archangielsku a nie na końcu świata, ostatni tydzień był dla wyprawy Rosyjska Arktyka 2019 niezwykle intensywny. Wracająca z Arktyki załoga liczyła na zasłużony odpoczynek w porcie, ale okazało się, jedyną opcją zatankowania jachtu jest przyniesienie tysiąca litrów paliwa…w kanistrach. Potem kapitanat portu stwierdził, że nie wypuści nowej załogi jeśli nie zobaczy kompletu certyfikatów STCW… Na koniec pogranicznicy przełożyli wyjście jeszcze o dwie godziny, by także zaakcentować swoją obecność. Finalnie kolejna załoga Lodowych Krain wyruszyła w nocy z czwartku na piątek w kierunku wysokiej Arktyki.

Tuż po przekroczeniu koła podbiegunowego rozpoczęły się urodziny kapitana – Maćka Sodkiewicza. Od świtu komunikator satelitarny odbierał potok ciepłych słów i życzeń, a przy śniadaniu dołączyły życzenia załogi. Było aż za pięknie. A że żaden kapitan nie dopłynie nigdzie bez jachtu, wyraźnie zazdrosna Lady Dana 44 postanowiła upomnieć się o uwagę. Silnik warknął kilka razy skacząc na obrotach sugerując, że także oczekuje prezentu. Impreza urodzinowa musiała poczekać. Maciek z Piotrkiem i Sebastianem wymienili filtry paliwa. Subtelny zapach ropy o poranku wypełnił mesę.

W tym czasie w kambuzie zaczął powstawać urodzinowy tort. Czujne kapitańskie oko wychwyciło wiśnie w syropie. Syrop został przechwycony a następnie podany z lodem lodowcowym przywiezionym w zamrażarce z poprzedniego etapu – i kropelką rumu.

Wreszcie przyszła pora na prezent od załogi – niewielką podniszczoną książkę. Była to „Podróż do bieguna północnego Fridtjofa Nansena” wydana w Warszawie w 1898 roku. Choć Maćka nie łatwo wzruszyć, tym razem chyba się udało. Kilka razy obracał ją w dłoniach nim w końcu wydobył z siebie pierwsze słowa.”Niesamowite..! Dwa tygodnie temu byłem w miejscu, gdzie Nansen zimował z Johansenem. Niesamowite…”
Nie można sobie wyobrazic lepszego prezentu dla polarnego żeglarza.

W ostatnich dniach Arktyka pokazała pazury…

W Arktyce pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Okno pogodowe, które nasi żeglarze wykorzystali do szukania drogi pomiędzy lodowymi krami na 82°N, musiało kiedyś się skończyć. Pytanie tylko jaką cenę przyjdzie za nie zapłacić.
Żegluga między krami lodowymi możliwa jest tylko na spokojnym morzu. Podczas zafalowania, wielotonowe tafle lodu stanowią śmiertelne zagrożenie dla jachtu. Na pierwszą wieść o zbliżającym się niżu i silnych północnych wiatrach kapitan zaczął się rozglądać za osłoniętym miejscem na przeczekanie sztormu. Musiało być wystarczająco płytkie, osłonięte z właściwego kierunku i wolne od lodu. Takich miejsc jest na archipelagu zaledwie kilka. Po skonsultowaniu sytuacji lodowej liczba możliwości zmalała do… dwóch. Po dobie żeglugi w kierunku wybranego kotwicowiska żeglarze zobaczyli zarys wyspy Heissa – niestety szczelnie otoczony polem lodowym, którego nie było na mapach i zdjęciach satelitarnych. Pozostało tylko mniej korzystne miejsce pod wyspą Champa. Do nadejścia wichury pozostały 4 godziny. Powinni zdążyć.
Tuż przed rzuceniem kotwicy jacht otrzymał pierwszy boczny podmuch wiatru – 40 węzłów – trochę mocniej niż przewidywała prognoza. Pod stromym brzegiem wyspy było spokojniej i kotwica pewnie złapała dno. Dwie godziny później nawet w osłoniętym miejscu siła wiatru dochodziła do 9B i jacht zaczął wlec kotwicę. Po drugiej próbie zakotwiczenia w sztormowym wietrze kapitan pozostawił włączony silnik na biegu naprzód – zmniejszyła się siła działająca na łańcuch kotwiczny i przez kilka godzin jacht stał dość spokojnie. Potem jednak sztorm wzrósł do 11B (zanotowano podmuchy 58 kt) i kotwica jeszcze dwukrotnie przestawała trzymać – konieczne było jej ponowne rzucanie. Nawet pod osłoną brzegu huraganowy wiatr rozfalował morze i zrywał grzywacze fal. Dopiero po 20 godzinach walki wiatr osłabł, a załodze wydawało się, że odetchnie.
Kiedy w Arktyce znów zapanowała cisza, wydawało się, że na powrót do Tichej Buchty wystarczy kilka godzin… Najpierw przyszła mgła. Z niej wyłoniło się gęste pole lodu w miejscu, w którym jeszcze dobę temu nie było ani bryłki. Huraganowy wiatr spowodował cielenie pobliskich lodowców na niebotyczna skalę i odciął Lady Danie drogę. Jacht znalazł się w potrzasku. Kanciaste, ostre bryły lodu, często wyższe od burt jachtu wynurzały się z mgły. Ciasno upchane, jedna przy drugiej, wypełniały całe pole widzenia. Ciężko było wypatrzeć jakikolwiek kanał wolnej wody. Kapitan wezwał całą załogę na pokład. W ruch poszły tyki lodowe i bosaki. Jacht, niczym jeż otoczony tyczkami, zaczął powoli przeciskać się przez gęste pole. Poruszał się głównie dzięki sile ludzkich mięśni. Zbyt duże było ryzyko uszkodzenia śruby napędowej przez podwodne części growlerów. Nie sposób powiedzieć ile godzin to trwało. Zegar stanął w miejscu. Liczyły się tylko kolejne bryły wypchnięte za rufę. W końcu przed dziobem pojawiła się otwarta woda.
– Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę jak bardzo jesteśmy zmęczeni. Byliśmy kompletnie przemoczeni, ale nie czuliśmy zimna – relacjonował kapitan Maciek Sodkiewicz. – To było najgorsze pole w moim życiu – dodał po chwili zastanowienia.