Dobrych, radosnych świąt!

Zakończyliśmy sezon, nadchodzą Święta. Głęboko wierzymy, że Tizzie jest naszym drugim domem. Nie mogło w nim zabraknąć choinki…a nawet dwóch. Kiedy zapaliliśmy dziś z bosmankiem lampki pomyślałem o ludziach. O wszystkich tych, z którymi wspólnie przeżyliśmy ten rok. Chcieliśmy podziękować wszystkim uczestnikom tegorocznych rejsów. To Wy tworzycie klimat tego domku i kształtujecie jaki będzie. Mile wspominamy zarówno chwile pod żaglami, niebanalne cumowania do sosny w dziwnych miejscach jak i długie wieczory przy planszówkach czy ogniskach. Skoro tyle wykrzesaliście z rodzimego Bałtyku to już czekam co będzie się działo w lodach.

Gorące podziękowania należą się wszystkim dobrym duchom wspierającym Inatiz podczas remontów, taklowania i innych mniejszych czy większych wydarzeń. Dzięki Wam nasz domek staje się coraz wygodniejszy, bardziej praktyczny i przytulny. Myślę, że Tizzie odwdzięczy się kiedyś za te wszystkie gesty zabierając Nas wszystkich bezpiecznie na koniec świata.

Nie sposób, nie wspomnieć tu także o wszystkich fascynatach północy, którzy wspierają nas w tych trudnych, Covidowych czasach, cierpliwie czekając aż wyprawa w lody wreszcie się zmaterializuje. Dziękuję za Waszą cierpliwość, wyrozumiałość i słowa otuchy gdy lockdowny zaczynały przytłaczać. Już niedługo pożeglujemy znów w krainę lodu.
Na końcu wspomnę jeszcze o ludziach z naszej przystani. Z ust, nieżyjącej już podróżniczki Kingi Choszcz usłyszałem kiedyś że „sensem każdej podróży jest powrót” To on tworzy klamrę zamykając przygodę w całość. Fajnie, że zarówno Tizzie jak i my mamy dokąd wracać. Kochamy atmosferę Przystani Cesarskiej i cieszymy się, że możemy być jej częścią.
Chcieliśmy życzyć Wam wesołych, zdrowych i radosnych Świąt. Niech Mikołaj przyniesie Wam pod choinkę „grube gatki” i zapas owsianki, bo już niedługo Tizzie zabierze Nas w kilka niebanalnych, białych miejsc 😀

Kpt. Jerzy Różański odpłynął w najdalszy rejs

kpt. Jerzy Różański

W poświąteczną niedzielę, 27 grudnia wyruszył w ostatni, najdłuższy rejs kpt. Jerzy Różański. On i jego czerwona Eltania przez dekady uosabiali to, co najwspanialsze w polarnym żeglowaniu: wytrwałość, mądrość płynącą z doświadczenia, siłę tkwiącą w prostocie. Nikt tak jak on nie znał kamieni na dnie każdej z zatok Spitsbergenu. Dziś możemy tylko liczyć, że żeglując po największym z oceanów z sympatią będzie czuwał nad nami.
Kpt. Krzyśkowi Różańskiemu i jego Rodzinie chcielibyśmy przekazać najcieplejsze wyrazy współczucia i życzyć dużo siły w trudnym czasie.

Zasłużony dla Pomorskiego Żeglarstwa

Nagroda PoZZ Nasz Kapitan Maciej Sodkiewicz został uhonorowany medalem za szczególne zasługi dla Pomorskiego Żeglarstwa. To najwyższe odznaczenie Pomorskiego Związku Żeglarskiego. Kapituła doceniła jego wkład w pielęgnowanie tradycji jachtów z duszą, organizację wydarzeń żeglarskich a także dalekie wyprawy w najzimniejsze rejony Świata. Tak w skrócie można podsumować dwadzieścia lat żeglowania Maćka i sto tysięcy mil kilwateru za rufą.
Śmiejemy się, że dla niego najwyższy czas na emeryturę 😛 😉 ale Maciek twierdzi, że wprost przeciwnie, że pora w końcu gdzieś pożeglować 😃

Werdykt Rejsu Roku 2019 – mamy wyróżnienie!

Życzenia na 2020Kończy się rok, pora na podsumowania, liczenie przebytych mil, sztormowych godzin (czy te w Arktyce liczą się poczwórnie??) i obiecywanie samym sobie, że już nie będziemy aż tak optymistycznie liczyć sił na zamiary…

Ale w Gdańsku nasza Tizzy tylko czeka, żeby w końcu ruszyć po przygodę w Arktyce, a w głowach kłębi się mnóstwo marzeń. Trzeba będzie znów zakasać rękawy i zacząć je realizować – bo kto, jeśli nie my? 🙂

A rok 2019 podsumowało nam Jury Rejsu Roku, przyznając Maćkowi Sodkiewiczowi Wyróżnienie za naszą wyprawę w Rosyjską Arktykę! Jak gdyby nie dość było dziś okazji, by otworzyć szampana 😉

Pangea i Mike Horn – Nowy arktyczny rekord!

Pangea at 85N

Pangea at 85N

Dzisiaj, 30 września 2019 jacht Pangea dotarł do granicy pokrywy lodowej bieguna północnego. Na jego pokładzie przebywają Mike Horn i Børge Ousland, którzy przygotowują się do wyprawy w poprzek czapy bieguna. Pangea miała zadanie dowieźć dwóch doświadczonych polarników jak najdalej na północ – by maksymalnie skrócić ich drogę i pozwolić im uniknąć ryzyka związanego z przejściem przez skruszone połacie paku lodowego.
Pangea to zaprojektowany w najdrobniejszych szczegółach 35 metrowy, aluminiowy jacht ekspedycyjny o ożaglowaniu typu kecz, noszący 600 metrów kwadratowych żagli. Zadbano również o to, aby jacht był maksymalnie przyjazny dla środowiska – zainstalowano niskoemisyjne silniki, kokpit wyłożono panelami fotowoltaicznymi, a generatory produkują spalając wodór – w wyniku czego powstaje jedynie para wodna.
Pangea dotarła na 85°34’ N o własnych siłach, bez wsparcia holowników czy lodołamaczy, ustanawiając nowy rekord żeglugi na północ dla jachtów żaglowych. Gratulując wytrawnym żeglarzom i polarnikom możemy powiedzieć tylko jedno – Lodowe Krainy jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa 🙂

Zapowiedź zimy w Arktyce

Choć w Arktykę zawitała już jesienna pogoda, z ujemnymi temperaturami, deszczem i śniegiem, uczestnicy wyprawy Lodowe Krainy – Rosyjska Arktyka 2019 wciąż eksplorują wyspy w centralnej części archipelagu Ziemi Franciszka Józefa: Wylądowali na wyspie Jacksona, gdzie zimowali Nansen z Johansonem wracając z marszu w stronę bieguna północnego oraz odnaleźli ruiny fortu Mc Kinley, tragicznej pamiątki po ekspedycji Wellmana. Dwa miejsca, które muszą budzić emocje u każdego żeglarza polarnego. Swoje wrażenia przesłał nam Maciek Sodkiewicz, kapitan wyprawy:

„Półwysep Norwegia – z daleka to miejsce nie wyróżnia się niczym. Nieduża plaża u stóp stromej góry. Jedno z niewielu miejsc wolnych od lodu. Na plaży uderza cisza i pustka, nie ma tu nic – no prawie nic. Na niewielkim wzniesieniu, kilkanaście metrów od brzegu znajduje się płytka jama. Kamienie wybrano ciężką pracą dwóch par rąk i ułożono w niewysokie ściany, sięgające ledwie dziewięćdziesięciu centymetrów. Na nich jedna kłoda drewna dryftowego jako konstrukcja dachu, kiedyś przykryta skórami morsów. To właśnie tu, 28 sierpnia 1895 roku Nansen postanowił przeczekać zimę. Nie mogę w to uwierzyć. Przecież sierpień to pełnia lata jeszcze. Próbuję wyobrazić sobie to miejsce takie, jakim widział je Nansen. Z pewnością było więcej śniegu – przecież nawet w tym roku część kanałów pomiędzy wyspami nie odmarzła i dalej zabita jest zimowym lodem. Ale na razie trwa dzień polarny, kolorowe porosty chłoną światło krótkiego lata.

Ledwie kilka dni później mogę docenić roztropność wielkiego norweskiego polarnika.
Zima przyszła nagle i gwałtownie, z pierwszym jesiennym niżem temperatura spadła do -6C, a góry przyprószył śnieg. Pod nogami chrzęszczą zamarznięte porosty, lodowaty wiatr smaga twarz. Stoję na kamienistym półwyspie Ziemi Wilczka wpatrując się w mogiłę Bernta Bentsona. Kilka metrów dalej, pod osłoną skały, znajdują się pozostałości „Fortu Mc Kinley”. To ślad jednej z tragicznych i jednocześnie pięknych historii polarnych – o lojalności i wartości danego słowa.”

W 1898 roku, cztery lata po zakończeniu ekspedycji Nansena, Amerykanin Walter Wellman wyruszył w kierunku bieguna północnego. Pierwszy zimowanie wyprawy musiał zorganizować na zaledwie 80N, na południowym krańcu Ziemi Franciszka Józefa. Planując wymarsz na biegun wczesną wiosną, postanowił założyć skład zapasów w okolicy 82N. Na północ wyruszyła sześcioosobowa grupa Norwegów pod dowództwem Baldvina, zastępcy Wellmana.
Z powodu złej pogody grupa dotarła zaledwie do 81N, a Baldwin postanawił założyć bazę na półwyspie Gellera na Ziemi Wilczka. Pod osłoną góry zbudowali z kamieni chatkę dumnie nazwaną Fortem Mc Kinley. Konstrukcją przypominała on Nansenowskie zimowisko lecz była większych rozmiarów. U Nansena ledwie mieściły się dwie śpiące osoby. Tu wyodrębniono część składową oraz mieszkalną. Kamienne ściany zostały przykryte skórami upolowanych morsów.

Baldwin zarządzał swoją grupą przez żelazną dyscyplinę. Mogli żywić się tylko mięsem upolowanych niedźwiedzi i morsów. Zapasy miały pozostać nienaruszone dla głównej ekspedycji. Norwegowie – doświadczeni polarnicy m.in. z wyprawy Nansena – zaczęli się buntować, więc lider podzielił grupę. Na straży prymitywnej chaty zostawił dwóch najbardziej zdyscyplinowanych: Paula Bjorviga i Berta Bentzena. Z pozostałą czwórką powrócił do komfortowego obozowiska głównej grupy ekspedycji.
Bjorvig i Bentzen mieli pilnować zapasów, z których wolno im było użyć przez zimę tylko odrobiny kawy. Mieli żywić się mięsem upolowanych morsów, a spalany tłuszcz powinien zapewnić ciepło.

W listopadzie 1898 Bentzen poważnie zachorował i nie był w stanie chodzić. Bjorvik troskliwie się nim opiekował, jednak nie ośmielił się naruszyć zapasów. W trakcie niekończących się godzin nocy polarnej chory zwierzył się przyjacielowi, że najbardziej boi się rozszarpania i zbezczeszczenia ciała przez niedźwiedzie. Obaj uzgodnili, że w przypadku śmierci któregoś z nich, drugi poczeka z pochówkiem aż do wiosny. Bert Bentzen zmarł 2 stycznia 1899 roku.

Pod koniec lutego Wellman wyruszył na północ. Na początku marca w Forcie Mc Kinley powitała go tylko jedna osoba. W maleńkiej izbie w sąsiednim śpiworze leżały zamarznięte zwłoki Baldwina. Bjorvik dotrzymał obietnicy i przez prawie dwa miesiące dzielił miejsce z martwym przyjacielem.

Stacja polarna w Tichej Buchcie

Dokładnie 90 lat temu, 29 sierpnia 1929 roku w Buchcie Tichej, powstała całoroczna rosyjska stacja polarna. Nazwę zatoce nadał Gieorgij Sedov, który schronił się tu przed  jesiennym sztormem i zimował w latch 1913-1914. Załoga Lady Dana 44 również schroniła się tam przed załamaniem pogody, kowicząc przy brzegu 30 sierpnia wieczorem. Nasi żeglarze z niemałum zaskoczeniem stwierdzili, że urodziny stacji jeszcze trwały…

Było co świętować, bo historia stacji jest niezwykle ciekawa. W latach trzydziestych XX wieku władzom ZSRR bardzo zależało by była to stacja całoroczna. Aby podnieść morale polarników w czasie długich miesięcy nocy polarnej, pozwolono im zabierać do Tichej Buchty żony. Podobno obecność kobiet poprawiała higienę, łagodziła obyczaje oraz… zmniejszała spożycie alkoholu podczas zimowania.
Miała też inne konsekwencje, być może nie w pełni zaplanowane przez władze sowieckie: 27 kwietnia 1935 roku na świat przyszło pierwsze dziecko urodzone tak daleko w Arktyce. Było to niebagatelne wydarzenie. Rada stacji zebrała się, by kolektywnie wybrać imię dla pierwszej Arktycznej Rosyjskiej dziewczynki. Propozycję były niebanalne: Polarina,
Hookernaja (od nazwy wyspy), Nordlina, Polarissa, Arctina, Pomossina, Barentsa, Zefika, Bavaltina, Ledoxana (od lodołamacza) i Sevierina.
Ostatecznie świat powitał Sievierinę Josifovnę Bitrikin. Przed upływem roku dołączył do niej brat Rodwark (od rodziłsa w Arktikie ). W sumie na stacji urodziło się dziesięcioro dzieci.

Najważniejsze wydarzenia stacji, takie jak zawierane małżeństwa, narodziny, zgony, wizyty statków i samolotów zapisywano w specjalnej księdze pamiątkowej. Gdy stację zamknięto w 1960 roku księga przepadła. Odnalazła się po kilkudziesięciu latach na aukcji internetowej i szczęśliwym trafem została wykupiona przez pracowników Parku „Ruskaja Arktika”.
Oryginał po rekonstrukcji trafi oczywiście do muzeum, lecz wykonano wierną kopię i postanowiono kontynuować tradycję wpisów. Od  tego roku kapitan każdego przypływającego tu statku ma przywilej pozostawienia śladu po swojej obecności w Buchcie Tichej. Taki zaszczyt przypadł także załodze wyprawy Rosyjska Arktyka 2019. To trzeci wpis w nowym rozdziale księgi – i co ciekawe kapitan Maciek Sodkiewicz został poproszony o zredagowanie go po polsku. To ogromna frajda pozostawić trwały, polski
ślad w historii tego niezwykłego miejsca.