Alaska 2025

W krainie ognia i lodu

Po udanym zimowaniu jachtu w porcie rybackim na wyspie Kodiak Jacht Inatiz rozpoczął kolejny etap projektu Orange In the Ice. Żeglugę po wodach Alaski oraz archipelagu Aleutów. Tereny te leżą na tak zwanym pierścieniu ognia, obszarze aktywności sejsmicznej. Czynnych wulkanów i źródeł termalnych. W ciągu 130 dni żeglugi jacht przepłynął po niedostępnych wodach Alaski ponad 5000 mil morskich zawijając do 61 unikatowych lokalizacji.

Odwiedzono zarówno historyczne miejsca związane z kulturą Aleutów, osady rdzennej ludności indiańskiej narodów Yupik, Tinglit czy Haida – jak i porty związane z przemysłem rybackim. Załogi miały unikatową okazję zobaczyć pozostałości po puszkarniach ryb, które upadły w latach 60-tych po upowszechnieniu się głębokiego mrożenia, jak i „przetwórnie widma”,  pogrążone recesją ostatniej pandemii.  Obrazy, które zobaczyliśmy stały w ostrym kontraście do prężnie działających ośrodków rybołówstwa – sławy Alaski.

Ale Alaska to nie tylko ryby. Stan słynie też z historii poszukiwań złota. To głównie dzięki nim świat dowiedział się o istnieniu tej bogatej krainy.  Dotarliśmy do pozostałości gorączki złota – ruin kilku kopalni. Kruszcu niestety nie znaleźliśmy, a wizyty bywały raczej krótkie z uwagi na strzegące okolicy czarne niedźwiedzie.

Nasza trasa obfitowała też w odludne kotwicowiska przyozdobione unikatową fauną i florą. Kluczyliśmy pomiędzy lodem Alaskańskich lodowców. Stawaliśmy w nurcie wodospadów oraz przy dzikich źródłach geotermalnych. Jedno z nich udało się nam nawet własnoręcznie wykopać. Wybija ono z dna morskiego na plaży i jest dostępne tylko w trakcie odpływu. Uzbrojona w szpadel oraz wiedzę lokalną załoga, mogła cieszyć się wodą o temperaturze prawie 38 stopni.. aż do nastania wysokiej wody. Fala przypływu wygoniła amatorów tymczasowego spa oraz zatarła wszelkie ślady naszej geotermalno-hydrotechnicznej samowolki budowlanej.

Źródła geotermalne to nie jedyny przejaw aktywności sejsmicznej regionu, który mieliśmy okazję zaobserwować. Duże wrażenie zrobiły na nas 3 dymiące aktywne wulkany. Przeżyliśmy także kilkanaście trzęsień ziemi oraz dwa alerty o tsunami. Jeden z nich zastał nas w porcie i załoga została zmuszona do opuszczenia jachtu. Przez kilka godzin
chroniliśmy się w najwyżej położonym budynku miasta, oczekując wraz z mieszkańcami czy mordercza fala nadejdzie. Na szczęście cały impet tsunami skierował się w stronę wybrzeży Hawajów.  Drugiego tsunami uniknęliśmy wypływając na głębokie wody oceanu. 

To jednak nie koniec naszych przygód związanych z ruchami płyt tektonicznych. Na podejściu do jednego z kotwicowisk jacht napotkał nieoznakowaną na mapie przeszkodę podwodną. Aktualna, zdawałoby się mapa prognozowała w tym miejscu głębokości większe niż 3,9 metra co dawało nam całkiem spory zapas.  Dzięki obserwatorowi na dziobie oraz echosondzie patrzącej do przodu, udało się znacząco zredukować prędkość jednostki w momencie uderzenia. Jednak pomimo tego doszło do rozszczelnienia kadłuba i woda zaczęła wdzierać się do wnętrza. Zadziałały wszystkie wypracowane przez nas procedury awaryjne. Przydała się zapasowa pompa oraz grodzie wodoszczelne.
Napływ wody był na tyle intensywny, że konieczna była akcja służb SAR. Amerykański Coast Guard ze względu na dystans od najbliższego portu skierował do akcji śmigłowiec, który dostarczył dodatkową motopompę. Z jej pomocą udało się zbilansować przeciek i jacht Inatiz o własnych siłach pożeglował do najbliższego portu.

Tam Inaiz została wyslipowana, a następnie po konsultacji z inspektorem PRS przeprowadzono wymianę wgnieconej części kilu. Całość akcji i naprawy udało się wykonać w czasie zaledwie kilku dni. Bardzo pomogło w tym doświadczenie lokalnych stoczniowców, którzy takie naprawy przeprowadzają bardzo często. W ten bolesny sposób dowiedzieliśmy się, że dno morskie Alaski podlega nieustannym ruchom, a wiele sporadycznie uczęszczanych miejsc nie było sondowane od kilkudziesięciu lat. Nie zrobiono tego nawet po słynnym trzęsieniu ziemi w 1964. Jacht otrzymał wiele pochwał i głosów uznania, za okazaną zimną krew i samodzielne dopłynięcie do portu. A my, no cóż, zmodyfikowaliśmy jeszcze bardziej procedury i kupiliśmy kolejną zapasową pompę.

Niedzwiedzia 3
Cała Alaskańska trasa była chyba najdokładniejszą eksploracją wód Alaski w historii polskiej bandery. Nam dała na pewno zupełnie nowe spojrzenie na bogatą historię tych terenów. Nasyciliśmy się także obcowaniem z dziką zwierzyną. Nie zawsze sympatyczną. Orły siadające na topie masztu są wredne. Zjadły nam dwie lotki od wiatromierza.  Nieprzebrane stada wielorybów czy wydr morskich robią ogromne wrażenie, które przebić może tylko widok niedźwiedzi łowiących ryby u ujścia strumieni. Początkowo budziły wśród nas strach i duży respekt. W drugiej części lata, wraz z pojawieniem się łososi niedźwiedzie straciły zainteresowanie ludźmi. Respekt przed nimi oczywiście pozostał, jednak po czterdziestym spotkanym osobniku przestałem je liczyć…