W Ittoqqortoormiit – czyli znów na Grenlandii!

20140807 Ittoqqortoormiit– No to my już w Mieście o Dużych Domach!

No tak, numer, który o 21:50 wyświetlił się na telefonie, to nie Iri- dium, ale zwykły, lądowy telefon Maćka. Czyli Barlovento już na Grenlandii.!

Wypada tylko rozwiązać rebus z nazwą osady…

– Ittoq-cośtam… Po duńsku to się nazywa Scoresbysund. Ta grenlandzka nazwa podobno znaczy, że jest to Miasto o Dużych Domach. Co prawda bardziej osada…

Szybki rzut oka na mapę wyjaśnił od razu, czemu Maciek nawet nie próbował wymówić obecnej, oficjalnej nazwy tego miejsca: Ittoqqortoormiit. Nazwa osady lezącej po północnej stronie ujścia fiordu Kangertittivaq zawiera zdecydowanie za dużo samogłosek i powtórzonych liter, żeby można było wymówić ją swobodnie.

– Wiało słabiej niż w prognozach, nie więcej niż jakieś 10 węzełków, ale rzeczywiście z baksztagu, więc przyjechaliśmy na spokojnie, troszkę pomagając sobie silnikiem. Tylko lodu zupełnie nie było! Kilka gór lodowych i już…

Z tym lodem to duża niespodzianka – przecież wejście do Tasiilaq zagradzało szerokie na ponad 20 mil pole lodowe. A fiord Kangertittivaq leży jeszcze bardziej na północ. Wczorajsze mapy lodowe nie zapowiadały jakiejś blokady portu, ale coś tam powinno jednak być…

– Teraz puszczę drona, potem pójdziemy na rekonesans do miasteczka – zobaczymy czy ta Grenlandia bardzo różni się od tej tam na południu..

Powodzenia! My czekamy na dłuższą, spisaną relację 😉

Z wizytą na Jan Mayen

DSC_1278Z pokładu Barlovento nareszcie dotarła relacja z przebiegu wczorajszej wizyty na Jan Mayen. Co prawda liczyliśmy, że Maciek przekaże nam ją jeszcze wczoraj wieczorem, ale przez cały poniedziałek na jachcie działo się tyle, że trzeba wybaczyć lekki poślizg 🙂

5 sierpnia

„W nocy obok nas w zatoce Kvalrossbukta zakotwiczył niemiecki jacht. Dwa jachty równocześnie na Jan Mayen – po prostu niespotykane! W tym sezonie zawitało tu łącznie 5 jednostek z czego 2 akurat dziś.

O 0900 na radiu wywołuje nas Roy – komendant stacji –  i zaprasza na brzeg, aby omowić zasady panujące na wyspie. Po sprawnym desancie pontonem zastajemy na plaży poważnego wojskowego. Dopięty mundur, nienagannie ułożony beret, ciemne okulary, ręce na plecach i… brak jakiejkolwiek mimiki…
Zgodnie z mailowymi ustaleniami udziela nam 24godzinnego pozwolenia na pobyt na wyspie. Możemy poruszać się wszędzie i robić zdjęcia bez  żadnych ograniczeń. Prosi tylko by nie zabierać kości, desek i innych zabytkowych rzeczy, nie wchodzić do budynków oraz nie dotykać anten, których tu mnóstwo. Proponuje także wizytę w ich stacji, leżącej po drugiej stronie wyspy. Jest miły, ale widaż że najchętniej pozbyłby się nas w ciągu kilku godzin…

Powód lekkiego zniecierpliwienia naszą obecnością poznaliśmy niebawem: w środę przylatuje samolot przywożący na tydzień rodziny pracowników stacji. Dlatego wszyscy uwijają się jak w ukropie.  Dodatkowo ostatnie dni mieli bardzo napięte, ponieważ w sobotę kotwiczył statek z paliwem, a w poniedziałek przyszedł statek z zaopatrzeniem. A we wtorek my – i to aż DWA jachty jednego dnia. Normalnie przypływają może dwa w miesiącu… Barlovento było piątym gościem tego lata.

Wracamy szybko na jacht. Dzień jest ciepły, słoneczny i suchy, poa tym nie wypada jechać do stacji w kaloszach. Żeby zadać szyku w torbę CodeZero wrzucamy aparaty, buty trekkingowe i małe co nieco z żubrzą trawką i tak wyposażeni po raz drugi lądujemy na plaży.
Roy zaprasza nas do terenowego mercedesa i z góry przeprasza ze jest tu nieco „dusty”. Faktycznie kurz z wulkanicznej drogi pokrywa wszystko. Trasa przez wyspę zapiera dech w piersiach. Majestatyczne klify, grafitowa równina przykryta wulkanicznym popiołem, niezwykle formacje skalne a w tle pokryty wiecznym śniegiem stożek wulkanu.

Za kierownicą Roy rozgadał się i stracił wojskową sztywność: Chętnie opowiada o życiu tutaj. W bazie pracuje na stałe 18 osób. On przyleciał w marcu na roczny kontrakt, reszta zmienia się co sześć miesięcy. Dzisiejszy dzień jest czwartym słonecznym dniem tego lata 🙂 Mamy więc ogromne szczęście!
Po drodze, dosłownie po środku niczego, nagle mijamy znak przystanku autobusowego. Na widok naszych zbaraniałych min Roy uśmiecha się i mówi, że trzeba być bardzo, ale to bardzo cierpliwym, by doczekać się na autobus… Ot taki Norweski żarcik.
Dowiadujemy się również, że w stacji bardzo lubią żeglarzy i tylko dlatego zaprasza nas do siebie. Gdy przypływa prom i wysypuje się z niego ponad setka turystów, nie bawią się w organizacje transportu. Poza tym maja tylko dwie terenówki. Promowi turyści wychodzą więc na plażę, robią kilka fotek i wracają na prom. Przecież nie będą maszerować w pyle kilkanaście kilometrów górska drogą…
W tym roku na stacji pracuje więcej osób, ponieważ w trakcie krótkiego lata muszą wymienić całe oświetlenie pasa startowego. W zasadzie już się uporali z robotą, więc jutro będzie pierwszy test i to właśnie wtedy, gdy wojskowy herkules przywiezie ich rodziny… Nic dziwnego, że wszyscy odrobinę się stresują…

Norweska stacja wygląda jak wszystkie stacje polarne. Metalowe segmenty połączone w podkowę tak, by minimalizować konieczność wychodzenia na zewnątrz. Przy wjeździe maszt flagowy i dwie historyczne armaty. W końcu to stacja wojskowa 😉
W środku spotykamy miłych cywilów, jest małe muzeum Jan Mayen oraz sklepik z pamiątkami. Udaje się nam także załatwić prysznic dla załogi (!!) oraz pieczątkę wyspy do paszportu. Bedzie kolejna do kolekcji. Wysyłamy także pocztówki. Mamy mnóstwo szczęścia: samoloty zabierają stąd pocztę 4 razy w roku – z czego jeden przypada właśnie jutro. Jest szansa, że dotrą do domu przed końcem rejsu!

Po dwóch godzinach wracamy na jacht. Druga grupa z niecierpliwością czeka na wycieczkę na ląd. My podczas ich nieobecności testujemy nową wersję windy kotwicznej: Na rufie w pobliżu agregatu zakładamy elektryczną wyciągarkę linową. Rozciągamy 15 metrów stalowej liny i podpinamy ja do łańcucha. Działa. Może nie jest to najszybszy patent na rwanie kotwicy – ale przynajmniej nie musimy wyciągać jej rękoma tak jak do tej pory…

O 1600 na dobre podnosimy kotwicę i obieramy kurs na Grenlandię. Za plecami wciąż doskonale widać klify i wulkan magicznej wyspy. Widać ja jeszcze przez kolejnych 30 mil – aż nagle wyspa niknie we mgle. Czary jakieś?? Była tam, byliśmy przecież na niej, a teraz ani śladu… Do zobaczenia Jan Mayen..!

PS. Grzesiu, pamietalem.”

W tej chwili Barlovento żegluje sobie na żaglach z prędkością 6 węzłów miłym baksztagiem, a załoga oddaje się na słońcu popołudniowej sjeście 🙂 Są na pozycji 70 59N  013 33W i do Brzegów Grenlandii mają jeszcze jakieś 170 mil.

Na kotwicy u brzegów Jan Mayen

DJI00032Wczoraj późnym wieczorem Barlovento rzuciło kotwicę u północno-zachodnich brzegów Jan Mayen w zatoce Kvalrossbukta, a kpt Maciek Sodkiewicz przesłał nam relację z tego, co w poniedziałek działo się na pokładzie jachtu:

4 sierpnia
„Dzień rozpoczął się od… owsianki. To Pastor postanowił nawrócić nas na zdrową żywność. Swój niecny plan zaczął realizować już podczas zakupów imamy teraz na pokładzie 4 wielkie puszki płatków owsianych. Cóż nie było lekko, ale przywyknąć trzeba – i zwolna prawie cala załoga dala się przekonać. Tylko Szczupak pozostaje asertywny i marzy o frytkach 😉

Przekroczyliśmy 70 stopień szerokości geograficznej północnej. Wiatru wciąż prawie nie ma. Morze gładkie jak stół. Postanowiłem wypuścić drona. Miało być łatwo i pięknie – a tu nagle grot załopotał na fali. Dron pchnięty w takielunek stracił dwa śmigła, ja dostałem bomem, ale i tak mieliśmy farta:  Mam co prawda nowego guza na głowie, ale nasza ptaszyna jakimś cudem opadła na pokład – a nie do wody. Oj nie łatwo być filmowcem na jachcie…
Na szczęście kolejna próba poszła już dużo lepiej i mamy całkiem fajny film ze środka niczego.

Około południa na horyzoncie pojawiło się Jan Mayen. Majestatyczna wyspę widać z ponad 40 mil. Jest naprawdę potężna, a jej wierzchołek kryje czapa chmur. Czas jakby zwolnił. Godzina upływa za godziną a wyspa wciąż daleko. W kambuzie pachnie kurkumą i kuminem. Pastor serwuje kurczaka po indyjsku. Na monotonie kuchni nie można narzekać.

_DSC8709Po południu odpalamy Zenka i siedzimy na pokładzie wpatrzeni w Jan Mayen z kubkami parującej kawy. Klify wyspy z głębokimi żlebami malowanymi paletą cieni. Jest w tym jakaś magia. Gdyby tak choć na chwilę słońce przebiło się przez chmury….  
Zamiast słońca zjawił się wieloryb. Nieduży. Zupełnie niezainteresowany naszą obecnością. Potem przypłynęły jeszcze dwa. Też nawet nie zwróciły na nas uwagi.

Od kilku godzin płynęliśmy już wzdłuż wyspy, gdy w jednej chwili chmury rozstąpiły się i ukazała się śnieżna czapa kryjąca wierzchołek wulkanu. Biel  odcina się od szarych klifów.
Zrobiło się późno. Po 23 słońce zeszło nisko nad horyzont i znalazło poniżej pułapu chmur. Wyspa ożywa. Szare dotąd skały pokrywają się cała paletą barw. W bajkowej scenerii kotwiczymy przy ruinach stacji wielorybniczej. Korzystając z resztek światła jeszcze raz wypuszczam drona. Widok na Jan Mayen z lotu ptaka jest jeszcze bardziej magiczny, ale nowy, bzyczący kolega nie przypadł do gustu mewom. Trzeba wracać na jacht.”

Na Jan Mayen są tylko dwa miejsca, gdzie można w miarę bezpiecznie rzucić kotwicę i próbować zejść na ląd. Kvalrossbukta to lepsze z miejsc i – doprawdy, trzeba mieć szczęście Maćka..! – tak się składa, że to właśnie ta zatoka jest w tej chwili najlepiej osłonięta od wschodniego wiatru zapowiadanego przez prognozy.
Na dziś zaplanowana jest próba lądowania na wyspie – o ile prognoza się sprawdzi i wiatr pozwoli. Bo zgodę szefa norweskiej stacji meteorologicznej, która mieści się na Jan Mayen już mamy. Obiecał osobiście przywitać załogę Barlovento o 0900 UTC – czyli jakoś… za chwilę!

Wyżowa pogoda

DSC_0137Maćkowi nareszcie udało się przesłać do nas relację z sobotnich i niedzielnych wyda- rzeń na pokładzie Barlovento. A że pogo- dę mają tam mocno wyżową, to życie towa- rzyskie (i kambuzowe) najwyraźniej kwitnie:

2 sierpnia
„Dokładnie o północy Neptun wyłączył wiatr. Przez chwilę bujaliśmy się na lekkiej fali z nadzieją, ze może jeszcze powieje. Nic z tego. Odpalamy silnik i obieramy kurs na Jan Mayen. Wiatr nie pojawił się już tego dnia w ogóle. Nawet początkowa długa oceaniczna fala, która zdążyła zebrać okup od Michała, stopniowo wygasa. Wieczorem suniemy już w po totalnym lustrze nieruchomej wody. Odpalamy agregat. Siedzimy na pokładzie pijąc kawę. Sielanka. Spokój. Do Jan Mayen 260 mil.”

3 sierpnia
„Wiatru wciąż nie zauważono. Żadnych jednostek pływających też nie. Nawet ptaków nie ma. Jesteśmy dokładnie po środku niczego. Każdy znajduje swój kąt na jachcie i zaszywa się w nim z książką. Widzę nowego Hugo Badera, ktoś inny czyta „Moje Bieguny” Kamińskiego. Dla odmiany sternik czyta Snowdena 🙂 Tak, nie pomyliliście się, sternik. Na morzu ani jednej zmarszczki. Żadnego śladu życia w promieniu wielu, wielu mil.

Pastor przejmuje kambuz, a w jego oku dostrzegam dziwny błysk. Oj coś będzie się działo. Po pół godzinie do mruczenia silnika dołącza terkotanie agregatu na rufie. Kolejne pół godziny i z koi wyciąga mnie zapach pieczonego ciasta. No tak, nie może być nudno. Do kambuza zajrzeć się nie da – aromat zwabił praktycznie całą załogę. Ale Pastor nie pozwala dotknąć ciasta przez całe 20 minut – musi trochę wystygnąć! W tym czasie nasz Zenek-ekspres serwuje dobrą kawę. W końcu możemy siąść w mesie. Ciasto marchewkowe z bakaliami przełożone śmietanowym kremem a do tego dobre moce espresso. Ech, kocham to ciężkie marynarskie życie 😉

Gdy talerz został już wyczyszczony do ostatniego okruszka, sprzątamy stół i zakładamy kącik karciany. W tym roku znów gramy w sabotażystę. Nowi członkowie załogi szybko łapią klimat i rozgrywka robi się bardzo wciągająca.

Grę przerywa nam głośne „dup” – to pierwsza nadchodząca nie wiadomo skąd fala wywróciła garnek z woda stojący na kardanie kuchenki. Potwierdziły się moje obawy ze kuchenka, chociaż nowa, niezbyt nadaje się na morskie pływanie na fali. Co by tu zrobić. Krótka narada i Marek zanurza się w bosmance. Przeszukuje zasoby techniczne jachtu, coś tam mierzy, coś dobiera. Po pół godzinie wychyla głowę i mówi, ze szału nie ma, ale na nocnej wachcie o tym pomyśli…. Rano mamy kuchenkę z ogranicznikami podniesionymi o jakieś 8 cm. Powinno działać :)”

Niecierpliwie czekamy na relację z poniedziałku – Maciek przesłał nam dziś jeszcze krótka informację, że o 1000 UTC byli na pozycji 70 15N 11 29W, ledwie 60 mil od Jan Mayen. Czyli teraz wyspa powinna być już widoczna na horyzoncie…

Coraz bliżej Jan Mayen

DSC_0128Dostaliśmy wczoraj wieczorem krótką wiadomość od załogi:

„W tej chwili ( 1300 UTC) zostało mi do Jan Mayen 180 mil…

Na razie ciepło, sucho. Wiatru nie ma nic. Dosłownie.

Oleiste morze bez ani jednej zmarszczki…”

Ekipa powinna dopłynąć na Jan Mayen dziś w nocy. Jak tylko dotrą do nas jakiekolwiek wieści, będziemy Was o tym informowali!

Kpt. Maciek donosi!

DSC_0042Dotarł do nas dziś w nocy mail z pokładu Barlovento. Maciek widać od samego początku sumiennie prowadzi dziennik, dzięki czemu możemy dowiedzieć się jeszcze więcej o tym jak wyglądała wymiana załóg oraz pierwszy dzień załogi etapu IV.

31 lipca

„Wymiana oleju zabrała więcej czasu niż się spodziewaliśmy. Jak na złość wiatr także uparł się nie wypuszczać jachtu z fiordów. Wyglądało na to, że Barlovento nie zdąży na wymianę załogi do Akureyri. Dobrze, że mamy na Islandii dwie duże terenówki. Krótka narada przez telefon, rzut okiem na mapę i ustalamy nowy port wymiany, o nazwie równie trudnej do zapamiętania co wymówienia. Taką przysłowiową dziurę na końcu świata.

Wszystko fajnie, ale jak zrobić zaopatrzenie na 22 dni w takim miejscu.. Postanawiamy podzielić załogę na trzy części. W sklepie w Akureyri zostawiamy team zakupowy z grubym plikiem banknotów (400 tysięcy koron to naprawdę niezły stosik) reszta jedzie z rzeczami na jacht. To tylko 150km ale tu wszyscy jeżdżą przepisowo więc zajmuje to dwie godziny. Wreszcie widzimy jacht. Stoi sam jeden samotny przy końcu nabrzeża małego rybackiego portu. Szybko witamy się z poprzednią załogą i… wysypujemy na keję ogromną stertę bagaży. Darek i Jacek terenówkami wracają po prowiant a my zabieramy się do pracy przy jachcie.

Naszym głównym zadaniem jest zainstalowanie ogrzewania Ebersprecher. Dostaliśmy je do firmy Auto+ tuż przed rozpoczęciem wyprawy i na montaż nie było już niestety czasu. Schemat wygląda dość zawile lecz dla naszych złotych rączek nie ma rzeczy niemożliwych. W tym roku mamy nowe talenty techniczne w ekipie. Do Marka, który jest złotą rączką od wszystkiego dołączył drugi Marek, dla odmiany elektronik. Jak dorwał się do lutownicy to zanim doszedł do tematu ogrzewania, zdążył jeszcze w międzyczasie doprowadzić sygnał z gpsa na nowa ukfke, naprawić światło w mesie i lampkę w oficerskiej 🙂  Poczułem się prawie niepotrzebny. Skoro nie zostawili mi już prawie nic do zrobienia to naprawiłem sobie klosz w kabinie i podpiąłem laptopa do stacjonarnego gpsa.

W tym czasie Ewa wyczarowała miejscowego speca od paliw. Pomógł jej zdobyć olej mineralny do silnika. Niestety tylko  4litry. To wszystko co mieli w okolicznej hurtowni. Za to zabrał także nasze kanistry i w ten sposób dociążyliśmy jacht 300 litrami zapasowej ropy i benzyny. Zrobiło się późno a naszych samochodów nie ma. W końcu przyjeżdżają wyładowane solidnie prowiantem. Niestety nie kupili wszystkiego bo zamknęli im sklep. Oddajemy samochody poprzedniej załodze, żegnamy się z nimi serdecznie i… bierzemy się do upychania tego wszystkiego w zakamarkach jachtu…..Skończyliśmy o 3 rano Zmieściło się!!!”

1 sierpnia

„Oj ciężko wstać. Otwieram leniwie oko, nasłuchuję… Nikt na jachcie się nie rusza… No to jeszcze pół godzinki drzemki…

Zebraliśmy się koło dziesiątej i natychmiast zabraliśmy do dalszej pracy. Markom zostało odpowietrzenie i zaizolowanie ogrzewania. Reszcie dokończenie zakupów i zatankowanie wody. Ruszyliśmy do sklepu, który mile zaskoczył nas cenami. Nie było może taniej niż w Bonusie ale nie było drogo. Wiecie jakie to śmieszne uczucie wejść i wykupić cały zapas ogórków konserwowych w sklepie  🙂 W końcu ze sklepu wyjechały 3 pełne wózki smakołyków, pozostało przejechać nimi półtora kilometra do jachtu. Dobrze, że asfaltem 🙂

W końcu mamy wszystko. Jedyny problem, że naszemu pokładowemu kasjerowi, Monice zostało ponad sześćdziesiąt tysięcy koron Islandzkich, które ani w Arktyce ani w Polsce nie mają zbyt dużej wartości. Co by tu z nim zrobić?? W miasteczku jest jeden sklep, który właśnie ogołociliśmy. Jedna stacja benzynowa na której nic nie ma. Jest tez jedna knajpa. Może tym tropem pójść… Pomysł rozbił się o drzwi z napisem „Close for summer”  Ech dziwny ten kraj. Przy okazji spaceru do baru znaleźliśmy za to bank 🙂  Tak w wiosce liczącej 501 mieszkańców znajduje się bank i poczta, w której nie tylko bez problemu wymieniliśmy pieniądze na korony norweskie lecz także zostaliśmy poczęstowani darmową kawą. Ciekawe kiedy Poczta Polska osiągnie ten poziom 🙂

Po powrocie na jacht czekała już na nas jajecznica z grzybami, które Ania nazbierała w okolicach wulkanu. Nieźle się zapowiada ten rejs. Wysoko postawiona poprzeczka…

Zanim opuściliśmy Islandię miałem jeszcze okazję obejrzeć wybuch gejzeru. Ten co prawda był zimny i werbalizował jakieś sentencje na K… Ale sięgał prawie do topu grotmasztu Barlovento. To Jacek próbował wystrzelić Darka w kosmos, zapominając, że w portowym przyłączu strażackiego hydrantu ciśnienie jest… hmmm… odrobinkę wyższe 🙂 Doctore przeżył. Jacek cudem tez 🙂

W końcu oddajemy sznurki i wymykamy się z portu. Wieje lekki wiaterek, więc po chwili pod pełnymi żaglami robimy ponad 7 węzłów. Witaj przygodo!!

Dopiero teraz czuję kilogramy przeniesionych baniaków z ropą i wychodzi zmęczenie ostatnich dni. Czas na drzemkę. Nim zawinąłem się w śpiwór kambuz zapytał czy mogą odpalić sobie agregat i prodiż. Co oni kombinują???

Ze snu wyrwał mnie cudowny zapach. Cos czego nie czułem nigdy wcześniej. Tylko co to jest??? Sprawcą okazały się bataty z kurczakiem duszone w prodiżu. A jak smakowały?? Cóż trzeba się było wybrać z nami…. żałujcie :)”

IV etap wystartował

DSC_0152Wczoraj po 2100 UTC Barlovento II dowodzone już przez kpt. Maćka Sodkiewicza opuściło port w Stagastroedn. Rozpoczął się IV etap naszej wyprawy. Maciek co prawda planował wyjście już koło południa, ale okoliczności nie sprzyjały: niekorzystny wiatr słabł wolniej, niż to zapowiadały prognozy. Ale z perspektywy Maćka dodatkowe godziny nie zostały zmarnowane:
– Po prawie 6 dniach w islandzkim interiorze musieliśmy się troszkę domyć. Zakurzona załoga zabrana w morze na ponad 3 tygodnie – to jednak byłaby przesada… No i dwóm Markom udało się złożyć i uruchomić ogrzewanie!

Za to ostatnie należą się bez wątpienia szczególne gratulacje! Dwa solidne pudełka niedotknięte cały III etap wyprawy – mimo że duży napis „Eberspacher – ogrzewanie” obiecywał miłe ciepełko w mesie. Bo zawartość pudełek – przerażała. Mnóstwo kabli, złączek, przełączników – i tajemnicze dziwne COŚ co ma zamieniać ropę w ciepło… Nie, nie, na ten widok cała załoga III etapu ogłaszała, że wszyscy są humanistami i elektronikę to mogą co najwyżej popsuć.
A teraz udostępniony nam przez firmę Auto+ system ogrzewania będzie dmuchał miłym, ciepłym – i suchym powietrzem wprost na zmarznięte stopy załogi. Nic tylko pozazdrościć!

Maciek pożegnał się wczoraj krótko:
– Wieje ciągle z północy – ale już tylko 10 węzełków. Nie ma co stać, płyniemy.!

Wymiana załóg… w Skagastroend

DSC_0024„Jest czwartek, na Islandii już po 22, a pod burtę stojącego w Skagastroend Barlovento podjechały właśnie dwa wielkie, terenowe samochody wyładowane niemal po dachy zakupami. Bagaże III etapu już od południa lezą na kei, pomału topnieją sterty worków żeglarskich przywiezione przez załogę etapu IV. Wymiana załogi pomału dobiega końca…

Jesteśmy w Skagastroend, bo po raz kolejny sprawdziło się stare porzekadło, że lepsze jest wrogiem dobrego.

We wtorek rano, gdzieś ze środka islandzkiego interioru zadzwonił Maciek Sodkiewicz i zadał z pozoru niewinne pytanie:

– Skoro już sobie stoicie w tym Holmavik, to zmieniliście już olej w przekładni?

– Chyba wypadałoby spełnić życzenie naszego admirała… – Zarządził Miś. W końcu to zadanie wisiało nad nami od początku naszego etapu. Na naprawdę północnych wodach przekładnia musi działać bez zarzutu. No i się zaczęło…

Gdzie nasza przekładnia ma spust oleju wiedzieliśmy z rysunku technicznego – i opowieści zaprzyjaźnionego mechanika. Ale to, że na rysunku śrubka (klucz 36, ale wciąż śrubka) znajduje się na dole po środku, oznacza, że w rzeczywistości dostępu do niej praktycznie nie ma. To znaczy jest, ale wybiórczy: albo można coś widzieć, albo operować dłonią (byle szczupłą) gdzieś w szczelinie między przekładnią a wałem. a jeśli juz uda się obrócić klucz – jak to zrobić, żeby poluzowana śrubka nie wpadła do bezdennej w praktyce zęzy silnikowej? Przecież bez niej nigdzie nie popłyniemy… Nie nie nie, taka operacja byłaby zdecydowanie zbyt ryzykowna.

Innym sposobem na wyciągniecie oleju z przekładni jest pompka do oleju. Mamy na pokładzie ze dwie zapasowe pompy zęzowe, mamy awaryjną pompę dużej mocy, mamy pompkę paliwową do ogrzewania Eberspachera – ale pompki do oleju brak. Wizyta w 'Hardware shop’ w Holmavik (taki supermarket techniczny w miniaturze) też nie pomogła – miła pani bardzo starała sie znaleźć coś odpowiedniego – ale nic nie spełniało naszych wymagań. Zostało – po południu pójść na pożyczki. Na szczęście w porciku remontowano właśnie jeden z kutrów. Mechanik co prawda nie miał pompki na kutrze, ale sam zaproponował że przyniesie z domowego warsztatu – w końcu to tylko 400 metrów w prawo.

Pompka jest (na szczęście wężyk pasuje), puste butelki na stary olej też się znalazły, więc można przystąpić do działania! Teraz już będzie z górki – o ile precyzyjne operacje wymagające zgrania dwóch osób w ciasnym przedziale silnikowym Barlovento (czytaj: pod podłogą w nawigacyjnej) w ogóle mogą być łatwe…

Wreszcie koło 18 nowy olej znalazł się w przekładni i już, już Misiek miał ogłosić odejście na 2000, kiedy… z przerażeniem stwierdziliśmy, że WAŁ SIĘ NIE KRĘCI. Ani na biegu naprzód, ani na wstecznym. Ani na wolnych obrotach – ani wtedy, gdy przygazować – po prostu nic. Przekładnia najzwyczajniej w świecie obraziła się na nas…

Myśleliśmy pół nocy, telefonami wyciągaliśmy z łóżek zaprzyjaźnionych mechaników. Od każdego obudzonego słyszeliśmy najpierw mniej więcej to samo:

– A po co ruszaliście, skoro działało??

Jak to po co..? Przecież drodzy przyjaciele mechanicy sami radziliście, że warto to zrobić, nim pójdziemy naprawdę wysoko na północ… No ale żadna z teorii podpowiadanych przez telefon nie pomagała – wał stał jak wmurowany. Zostawiliśmy draństwo. I tak już było dobrze po północy.

W środę rano otwieraliśmy silnik niemal z obrzydzeniem. Skąd weźmiemy kolejny pomysł? Gdzie na Islandii znaleźć mechanika, który będzie się znał na przekładniach z Zakładów Mechanicznych w Pucku, rok produkcji 1988..??

– ..panowie, ale czy cięgno, to od manetki, nie powinno być przypadkiem przymocowane do sterowania przekładni..??

Istotnie, cięgno wisiało sobie swobodnie, a przekładnia pokazywała na luz niezależnie od tego, jak sie ustawiło manetkę silnika. Musieliśmy wypiąć cięgno przy okazji wczorajszych manewrów z olejem. Po założeniu na przekładnię – i zabezpieczeniu solidną zawleczką – wał oczywiście zaczął się obracać…

Przez nieuwagę straciliśmy – prawie dobę. Co powiedzieliśmy sobie nawzajem o naszej zbiorowej inteligencji – to na szczęście zostanie między nami.

Strata czasu była ty bardziej bolesna, że północny wiatr nie miał wcale zamiaru ucichnąć i nawet w naszym zacisznym porcie wiatromierz uparcie mówił 20 węzłów. Przy takim kierunku wiatru wyhalsowanie się z fiordu zajmie nam – 18 godzin? A potem jeszcze kolejnych 20? w drodze do Akureira? Wygląda na to, ze mamy szanse spotkać się z załogą czwartego etapu dopiero w piątek koło południa…

Szybka konsultacja między Miśkiem i Maćkiem – i zapadła decyzja o zmianie planów. Na wietrze ponad 30 węzłów Barlovento przecięło fiord niemal jednym halsem – 40 mil w nieco ponad 7 godzin – i stanęło w Skagastroend. Dla etapu III padło: tak stoimy.

Teraz pałeczkę przejmuje etap IV.”

Przystanek w Holmavik…

DSC_0006„Poniedziałek wyszedł nam jakoś… mało żeglarski, za to bardzo wodny:

Północno-zachodnia Islandia nie obfituje ani w miasta, ani w dogodne porty. Więc kiedy na podstawie locji i przewodnika po wyspie zidentyfikowaliśmy w końcu miejscowość, w której 1) da się zaparkować Barlovento do nabrzeża 2) locja jasno informuje, ze da się zatankować wodę 3) przewodnik twierdził, ze znajduje się w niej basen – załoga była gotowa podnieść bunt, w wypadku gdyby kapitan odmówił zawinięcia do tego portu.

Na całe szczęście Misiek z własnej woli wytyczył routę na Holmavik – i niedługo po południu stanęliśmy wygodnie burtą do nabrzeża. W porcie tylko trzy niewielkie kutry rybackie i kilka motorówek. Pojawienie się masztów Barlovento wywołało – jak na miejscowe standardy – nielichą sensację: chyba każdy z mieszkańców Holmavik, który akurat przejeżdżał w okolicy portu przystawał, żeby przyjrzeć się naszemu jachtowi i przywitać z nami. A  że miejscowość liczy chyba z 80 domów – wydaje się, że poznaliśmy co najmniej połowę tutejszej populacji…

Liczne wizyty miały tę ogromną zaletę, że ledwie po kilku minutach wiedzieliśmy już, to, co dla nas dziś było najistotniejsze: ten szary dach, o tam, na lewo od portu – to basen! I jest tam sauna.! i tak, jest czynny – od 0900 aż do 2100..! Nie trzeba mówić, że Barlovento zostało sklarowane w ekspresowym tempie, a cala załoga stawiła się na burcie obładowana pakunkami – i poganiała Misia, żeby szybciej zamykał ten jacht – żeby w końcu można było udać się we wskazanym kierunku…

Kto nie był zmuszony obyć się bez prysznica przez dwa tygodnie (albo dłużej) ten nie zrozumie, jak wielką frajdę sprawia widok nieprzerwanych potoków słodkiej, cieplej wody lejącej się gdzieś spod sufitu..! Pod takim prysznicem można by spędzić wieczność – skoro nareszcie szampon pieni się na włosach a sól z wody nie szczypie w oczy…

Czyści i słodcy postanowiliśmy sprawdzić jak działa islandzki basen odkryty – pod zachmurzonym niebem, przy temperaturze powietrza rzędu 16-17 stopni Celsjusza. Byliśmy przekonaniu, że po formalnym zaliczeniu trzech długości (mocno krótkiego) basenu ten punkt programu zostanie odhaczony i udamy się na dalsze zwiedzanie. ale ku naszemu zaskoczeniu woda w basenie miała na pewno ponad 28 stopni.! Było ciepło.! A tuż obok były małe baseniki, w których woda miała odpowiednio 34, 39 i 42 stopnie! Sauna może się schować…DSC_0100

…wystarczająco wymoczeni poczuliśmy się dopiero po solidnych trzech godzinach.

Kiedy w końcu dotarliśmy na jacht, a wachta kambuzowa wzięła się za przygotowywanie obiadu (nareszcie..!!) Miś ściągnął najnowszą prognozę pogody. A więc jednak, prognoza zapowiadana tydzień temu – nadal jest aktualna. Sztormowy wiatr, przed którym tak dzielnie uciekaliśmy przez całą drogę z Grenlandii, właśnie dotarł do wybrzeży Islandii. W Holmavik wieje ledwie 15 węzłów, w głównym fiordzie już 25, na zewnątrz – pewnie ponad 30. Barlovento da sobie radę z takim wiatrem bez większego problemu, ale… Myśmy nie chcieli płynąć prosto do Akureira! Miała być jeszcze wycieczka do skały w kształcie trolla pijącego wodę (no dobrze, to wersja islandzka – Miś twierdzi ze to po prostu słoń z trąbą)…

Ale przy takim wietrze nie będziemy dla zabawy stawać na kotwicy i spuszczać pontonu na wodę. Trudno, nie zawsze wszystko dzieje się idealnie zgodnie z planem – szczególnie na morzu. Postanowiliśmy być rozsądni i w zamian odpocząć trochę w Holmavik. Do jutra może się trochę przewieje, a my trochę odeśpimy. Może. Na razie emocji dostarcza wachta kambuzowa, która najpierw dłuuugo broniła się przed podaniem kolacji – a teraz, na ochotnika, smażą frytki..!!”

Islandzki Horn zdobyty!

DSC_0070„Dziś, w niedzielę 27 lipca 2014, dokładnie o godzinie 21:02 UTC s/y Barlovento dowodzone przez kpt. Tomasza Kulawika przecięło z zachodu na wschód południk 022°28.44 W i tym samym opłynęło Horn..! Ten islandzki, ma się rozumieć…

Islandzki przylądek Horn leży na skrajnie wschodnim ramieniu charakterystycznego grzebienia, którym od północnego zachodu zakończona jest wyspa. Jeszcze w latach 60tych, gdy pola lodowe nawet latem sięgały praktycznie północnych brzegów Islandii, opłynięcie również tego Hornu stanowiło nie lada wyczyn. Jako pierwszy z polskich jachtów dokonał tego – i to na samych żaglach, bez silnika pomocniczego! – słynny Euros, który kilka lat później, w 1974 opłynął również ten południowy Przylądek Horn. Kto wie, może i Barlovento kiedyś wybierze się na Dalekie Południe? Ale na razie płyniemy na północ!

..choć w zasadzie nie tyle na północ, co niemal dokładnie na wschód – kurs 100 towarzyszył nam praktycznie przez cały dzień, dopiero po minięciu Hornu skręciliśmy łagodnie na południe, wzdłuż brzegu Islandii. Nim dotrzemy do Akureira, chcemy przyjrzeć się z bliska islandzkim fiordom.

Dzień na jachcie – jak przystało na niedzielę – minął leniwie i spokojnie, czemu sprzyjała słoneczna, aż do późnego popołudnia, pogoda. Brzeg Islandii, rano widoczny tylko na radarze, z czasem urósł i w porze podwieczorku jacht płynął już w cieniu wyrastających dosłownie z morza 600-700metrowych gór. Na pierwszy rzut oka trudno było uwierzyć mapie, że naprawdę są tak wysokie – a jednak! Na ich stokach, mimo że to już koniec lipca, wciąż leżą wielkie płaty śniegu.

Do wydarzeń znaczących (przynajmniej w skali dzisiejszego dnia) trzeba zaliczyć ciasto z brzoskwiniami, upieczone i podane na podwieczorek przez wachtę kambuzową. Miś, swoim kapitańskim autorytetem stwierdził, że w kategorii 'deser rejsu’ może ono godnie rywalizować z budyniem z soczkiem, który wachta I podała na pokład gdy płynęliśmy przez pole lodowe. Wachta II (dzisiejsza kambuzowa) czuje się uhonorowana!

Niestety z dzisiejszym podwieczorkiem wiąże się bardzo przykre dla nas wydarzenie – po raz pierwszy w historii tego rejsu złamana została solidarność w załodze! Nieznany skrytożerca zakradł się do kambuza i wyżarł jedną trzecią kawałka ciasta, który (po sprawiedliwie dokonanym pod kapitańskim okiem podziale) czekał, aż wachta III skończy popołudniową drzemkę… Zdarzenie zostało uznane jednogłośnie (khem… ciekawe jak to możliwe?) za skandaliczne i Miś zapowiedział przeprowadzenie kapitańskiego dochodzenia. Natomiast wachta III oświadczyła, że przyjmie przeprosiny w postaci butelki Capitana Morgana…
I tak to upłynął kolejny dzień rejsu.”