Maciek Sodkiewicz w rozmowie z Dziennikiem Bałtyckim Sport dzieli się wspomnieniami z wyprawy.
Archiwum autora: Zespół Brzegowy
Radio Gdańsk wita naszą wyprawę!
Inatiz odpoczywa w zaciszu Przystani Cesarskiej, a my wciąż z ogromną satysfakcją wracamy do sobotniego zakończenia naszej wyprawy – tym razem z perspektywy Radio Gdańsk!
Medale Ligi Morskiej i Rzecznej dla organizatorów wyprawy Hudson Bay 2022

Jednym z gości uroczystego powitania naszej Inatiz wracającej z wyprawy na wody Zatoki Hudsona był Prezes Ligi Morskiej i Rzecznej, pan Andrzej Królikowski.
Liga od lat wspiera nasze projekty i tegoroczna wyprawa odbywała się pod honorowym patronatem tej szacownej organizacji!
Prezes Ligi miał dla nas niespodziankę – organizatorzy wyprawy zostali uhonorowani złotymi medalami „Zasłużonym dla Ligi Morskiej i Rzecznej” 🙂
Maciek Sodkiewicz, Ewa Banaszek, Marek Baran – punkcik do CV 😉
Dziennik Bałtycki o powrocie naszej Inatiz do Gdańska
Bardzo ciepły artykuł o powitaniu naszej Inatiz w macierzystej Przystani Cesarskiej zamieścił Dziennik Bałtycki:
Żeglarski.info o powitaniu naszej wyprawy!
Maciek Sodkiewicz zaprasza na zakończenie wyprawy!
Zakończenie wyprawy – serdecznie zapraszamy!

Już w sobotę 5 listopada nasz jacht Inatiz zawinie do Gdańska. Nasza dzielna stalowa dziewczyna wraca z unikalnej, trwającej pół roku wyprawy na wody kanadyjskiej Zatoki Hudsona – Hudson Bay Expedition 2022.
Mamy mnóstwo powodów do radości:
- Inatiz wraca bezpiecznie do domu po przebyciu jakiś 11 000 mil morskich, z których większość przypada na najbardziej odległe i nieprzyjazne żeglarzom akweny.
- Jako drugi polski jacht wpłynęła na wody Zatoki Hudsona i po raz pierwszy w zaniosła polską banderę na jej północną odnogę – Basen Foxe’a – wypełniając w ten sposób jedną z ostatnich plam w historii polskiego żeglarstwa.
- Inatiz była też pierwszym jachtem pod obcą banderą, który wpłynął w Arktykę Kanadyjską od czasu rozpoczęcia pandemii Covid-19.
- A wrażeń z wyprawy przywieźliśmy niesłychaną ilość, bo nasz jacht odwiedził 10 osad Inuickich – a jego załoga miała unikalną okazję poznać kulturę i życie ich mieszkańców.
Dlatego wspólnie – organizatorzy wyprawy i przyjaciele jachtu – postanowiliśmy zorganizować uroczyste powitanie jachtu, w jego macierzystej, gdańskiej Przystani Cesarskiej
Swoją obecność zapowiedzieli już patroni honorowi wyprawy, załogi wszystkich etapów wyprawy – oraz przyjaciele żeglarze.
Wydarzenie jest otwarte dla wszystkich i chcielibyśmy bardzo serdecznie zaprosić wszystkich miłośników podróży i sympatyków żeglarstwa.
Co planujemy:
11:45 – 12:00 – na nabrzeżu Przystani Cesaskiej (Gdańsk, ul.Dokowa 1) oczekiwanie na wpłynięcie jachtu przy dźwięku szant w wykonaniu Kamila Badziocha
Około 12:00 – wpłynięcie jachtu, krótkie powitanie wyprawy w macierzystym porcie przez patronów
Około 12:30 – Przenosimy się do ogrzewanego namiotu sferycznego sąsiadującego z miejscem postoju jachtu
Około 12:40 – podsumowanie wyprawy przez kapitana Macieja Sodkiewicza:
- podziękowania dla przyjaciół i osób zaangażowanym w wyprawę – bez nich ten projekty by się nie udał!
- pokazy zdjęć i filmów z różnych etapów wyprawy – wrażeniami na gorąco dzielić się będą uczestnicy poszczególnych etapów
- w przerwach między opowieściami o szantowy klimat imprezy zadba Kamil Badzioch, jeden z najlepszych trójmiejskich szantymenów
- dla zgłodniałych będzie mały poczęstunek żeglarski
- na zakończenie koncert zespołu szantowego „Trzy Majtki”
Impreza jest darmowa i otwarta dla wszystkich. Serdecznie zapraszamy!
Grenlandia od kuchni
W ekipie Lodowych Krain już dawno przyzwyczailiśmy się, że nasz kapitan Maciek nie gustuje w konserwowym jedzeniu. Ciekawość świata połączona z wrodzonym szczęściem sprawiają, że zaopatruje wyprawy w lokalne – często oryginalne – produkty spożywcze. Od kilku tygodni zasypuje nas zdjęciami a to mięsa z foki, a to z wieloryba. Naliczyliśmy też co najmniej pięć rodzajów ryb. A w końcu doczekaliśmy się obszernej releacji kulinarnej z Grenlandii. Poczytajcie, co opowiada:
Społeczność Grenlandii to tak naprawdę dwa niemal rozłaczne zbiory: Grenlandczycy i Dunowie – jak mówią tu na wszystkich białych mieszkańców. Obie grupy żyją na jednej wyspie – ale zupełnie osobno. Rozmawiałem z wieloma osobami mieszkającymi tu od lat. Ich opowieści mocno mnie zdziwiły. Pracujący w Nuuk Polacy opowiadają, że nawet w jednej brygadzie budowlanej Dunowie witają się tylko ze swoimi. Podobnie Grenlandczycy. Mają osobne szatnie, przerwy śniadaniowe też zawsze spędzają osobno. Na początku – z powodu jasnej karnacji – Polacy zostali przypisani do dunskiej społeczności. Jednak gdy zauważono, że z sympatią odnoszą się do Grenlandczyków i spedzaja z nimi przerwy kawowe, duńscy koledzy przestali ich zauważać, rozmawiać czy nawet się z nimi witać.
Podobnie jest z kuchnią – jest kuchnia duńska i jedzenie grenlandzkie, które również się nie spotykają. Praktycznie całe zaopatrzenie sklepów spożywczych przypływa na wyspę duńskimi statkami – przez co królują produkty mrożone. Nie wszystko jest dostępne przez cały rok, a z powodu opóźnień w transporcie często brakuje warzyw lub owoców. Zeszłej zimy nawet w stolicy Grenlandii Nuuk przez kilka tygodni nie dało się kupić ziemniaków, a kiedy w końcu dopłynęły, cena podskoczyła prawie dwukrotnie. Przy takim systemie dostaw trudno o zdrową kuchnię. Podobno hitem na wyspie jest mrożona pizza. W knajpkach i restauracjach w menu dominują hot dogi i hamburgery,a o kuchnię azjatycką atwiej niż o produkty lokalne.
Równolegle do sieci sklepów działa społeczność grenlandzkich łowców. Polują lub łowią, a następnie sprzedają to, co danego dnia nawinęło się pod muszkę lub na haczyk. W każdej osadzie czy miasteczku funkcjonuje małe targowisko – zadaszone i częściowo obudowane ścianami, żeby osłonić handlujących przed tutejszą pogodą. Tam lokalni łowcy sprzedają swój towar. Pytając o godziny otwarcia usłyszałem: Zazwyczaj otwieramy około 9:00 i jesteśmy tu… aż sprzedamy to, co upolowaliśmy. Kiedy polowanie się opóźni to otwieramy – później. A kiedy na polowanie nie ma pogody, to nie otwieramy wcale 😀
Podobne zasady rządzą dostępnym asortymentem: W Kangamiiut do wyboru był dorsz i łosoś. Pytając o wieloryba usłyszeliśmy, że był… dwa tygodnie temu. W Aasiat rano były tylko foki – różne partie mięsa, podrobów i tłuszczu, lecz gatunek jeden. Po południu przypłynęła motorówka i w ofercie pojawiły się zębacze. Dokładnie 8 sztuk. Bardzo szybko pojawili się kupujący. Skąd wiedzieli kiedy myśliwy wróci z wypatroszonymi rybami? To proste, przecież działa tu bardzo sprawna poczta pantoflowa. W końcu prawie wszyscy są jakoś skoligaceni i przecież mają internet 😀
Nawet w Nuuk, które ma ponad 17 tysięcy mieszkańców, znajduje się takie targowisko. Stanowi osobliwy kontrast ze stojacymi w pobliżu nowoczesnymi blokami. Tu na stoisku pojawił się nawet minkee whale.
Widać wyraźnie, że społeczność grenlandzkich łowców jest doskonale zorganizowana. Polowania organizowane są na mała skalę, tak by całą zdobycz można było szybko sprzedać – i spożytkować na potrzeby społeczności. Obowiązują także urzędowe ceny towarów: kilogram dorsza kosztuje 30 koron, kilogramowa porcja zębacza czy foki to wydatek 50 koron. 60 koron za kilogram stekowego mięsa z wieloryba to prawdziwa okazja. Lokalne rynki oferują praktycznie tylko mięso i ryby. Z warzyw dwa razy widziałem świeży rabarbar. Całą resztę trzeba kupić w sklepie – przywiezioną z Danii.
Buszując po targowiskach udało mi się kupić jeszcze halibuta i karmazyna. Od grenlandzkiej załogi kutra w prezencie dostaliśmy gigantyczne kraby… Na monotonię diety, załogi zdecydowanie nie mogą narzekać. Ale żeby spróbować tutejszej kuchni, zamiast szukać lokalnej gastronomii, trzeba było zaprzyjaźnić się z własnym kambuzem.
W Ilulissat – królestwie lodu
Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy Inatiz, od razu było wiadomo, że to jacht na wody polarne. Był luty, a my siedzieliśmy w mesie przy cieple wesoło trzaskającego w kominku ognia. Zapytaliśmy Chrisa, jej budowniczego i pierwszego właściciela, dlaczego wybrał kominek właśnie na drewno? – Pomyślałem, że drewno jest dostępne wszedzie na świecie – odparł. A co z Grenlandią? Westchnął tylko: – Tam nie zdążyłem jeszcze dopłynąć z moją Tizzie.
Obiecaliśmy wtedy Chrisowi, że kiedy zaopiekujemy się jego ukochaną „dziewczynką”, to pokażemy jej piękno grenlandzkich krajobrazów pełnych lodowych olbrzymów.
W ostatnich dniach trudno było się doprosić o relację z pokładu Inatiz, bo życie na jachcie toczyło się bardzo intensywnie i załoga zwyczajnie nie miała głowy do pisania. Podczas żeglugi na północ mijali coraz to większe bryły lodu. W dobrej pogodzie widoczne z daleka, ale w pojawiającej się często mgle były najpierw plamami na ekranie radaru. Można wtedy snuć fantazje, jak duże będą i w jakim kształcie – kiedy w końcu wyłonią się z tumanu, piękne i majestatyczne.
Ale kiedy Inatiz przekroczyła koło podbiegunowe i wypłynęła na wody zatoki Disko, załoga stanęła przed poważnym wyzwaniem – jak zachwycać się unikalnym kształtem każdej góry lodowej skoro jednocześnie w zasięgu wzroku jest ich kilkadziesiąt? W końcu to z lodowców otaczających Disko Bay cielą się największe góry lodowe na półkuli północnej. Wrażenia są trudne do opisania, tym bardziej, że jest po prostu ciepło i letnio! Temperatura przekracza +10C, a na skalistych brzegach tu i ówdzie widać połacie trawy i barwne kwiaty.
Załoga Inatiz za cel postawiła sobie dotarcie do Ilulissat, uchodzącego za lodową stolicę Grenlandii. To wszystko za sprawą lodowca Eqi – niezwykle aktywnego, który – cieląc się – nieustannie wysyła Icefjordem do morza zastępy lodowych gigantów. Już na podejściu do portu było dość dużo lodu. Maciek Sodkiewicz stwierdził, że „Było interesująco”. Biorąc pod uwagę, że kapitan Inatiz od lat bawi się z lodem – od rosyjskiej Ziemi Franciszka Józefa aż po Antarktydę – zalodzenie musiało być znaczne.
W końcu Inatiz zacumowała w niedużym, lecz bardzo ruchliwym porcie. Na pierwszy rzut oka wyglądał zacisznie – póki beztroskiej sielanki nie przerwał przypływ, który zgrał się ze zmianą kierunku wiatru. Przez wąskie wejście do przystani prąd zaczął wpychać różnej wielkości growlery, które potem dryfowały swobodnie po całym porcie. Niektórym zdarzało się pukać w rufę Inatiz jakby chciały powiedzieć „posuń się, to nasz port”! Gdy robiły się zbyt nachalne, załoga chwytała za solidne tyczki lodowe i odpychała intruza. Tylko trzeszczenie cum świadczyło o tym, ile ton ważą te „maleństwa”.
Ale gdy zaczął się odpływ, lód wcale nie zamierzał odpłynąć. Zachodni wiatr wciąż spychał nowe bryły w kierunku brzegu. Ze wzgórza nad portem rozciągał się nieziemski widok: Ani skrawka wolnej wody, wszędzie tylko lód w najróżniejszych formach. O robionych dzień wcześniej planach na poranne wypłynięcie Trzeba było zapomnieć. Tutaj to lód rozdaje karty.
Maciek, unieruchomiony na jakiś czas w porcie, poprosił, by w końcu przesłać wiadomość do pierwszego właściciela Tizzy: – Chris, dotrzymaliśmy słowa! Zabraliśmy Twoją dziewczynkę w jej naturalne środowisko. I wiesz co? Stoimy w tratwie pięciu jachtów. Różnych typów, różnych bander. Ale z każdego wystaje komin i o poranku pachnie palonym drewnem…
Mamy patronat Rzeczpospolitej!

Strasznie miło nam się pochwalić, że dziennik Rzeczpospolita objął naszą wyprawę swoim patronatem medialnym! Dziś w serwisie internetowym Rzeczpospolitej przeczytacie pierwszą z relacji!! 😀
Link do artykułu:
https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art36673501-lodowe-krainy-2022-wyprawa-dotarla-na-grenlandie



