Znacie to uczucie, kiedy coś niby działa ale podświadomie czujecie, że jest jakoś nie tak. Tak było z naszym wiatromierzem. Niby pokazywał siłę i kierunek wiatru. Coś mi jednak nie pasowało. Nie potrafiłem jednoznacznie powiedzieć co, ale miałem jakieś przeczucie. Na Kodiaku pracy przed sezonem było tyle, że nie było nawet czasu zastanawiać się co. Przyszedł jeden z wiosennych sztormów i pokrył świat strugami deszczu padającymi poziomo. Siedziałem w sterówce ciesząc się, że nie muszę wystawiać głowy na zewnątrz. Nagle poczułem uderzenie sztormowego wiatru w burtę. Cumy napięły się i zatrzeszczały. Kadłub Tizzie przechylił się delikatnie. Zaciekawiony ile wieje spojrzałem na wskaźnik…i dostrzegłem, że wieje z zawietrznej. A to ciekawostka…Okazało się że jakiś potwór zimą odgryzł nam lotkę wiatromierza 
Następnego dnia znalazłem na lokalnej tablicy ostrzeżenie o agresywnych orłach. Postanowiliśmy zatem poczekać z wymianą statecznika na topie do kolejnego portu.
Wczoraj wreszcie stanęliśmy w jakiejś cywilizacji. Przypomniałem sobie, że sprowadzony cudem z polski statecznik czeka na założenie. Już mieliśmy szykować ławeczkę bosmańską….gdy dostrzegliśmy orła. Siedział na maszcie sąsiedniego jachtu i ostrzył sobie dziób o o ich wiatromierz. Obserwowałem go przez półtora godziny. Statecznika już nie było. Z trzech łopatek od prędkości zostały tylko dwie. Gdy wstałem dziś rano orzeł znów siedział na wiatromierzu sąsiada. Liczba łopatek spadła do jednej. Zdecydowanie, wymiana naszego statecznika powinna jeszcze poczekać 
Na Gibraltarze mają drapieżne orki a tu królują orły pogromcy wiatromierzy 













