
Wyróżnienie w Konkursie Rejs Roku 2024
Nowy Rok przyniósł nam radosną wiadomość. Nasz projekt Orange in the Ice został dostrzeżony i wyróżniony przez kapitułę nagród Rejs Roku. To tymbardziej miłe, że projekt wciąż trwa. Jest jeszcze tyle miejsc cudownych Alaski, Kolumbii Brytyjskiej czy Meksyku, że ledwo mieszczą się w zakładce marzenia. Chciałem serdecznie podziękować całej rzeszy ludzi którzy przyczynili się do sukcesu tego projektu. Począwszy od dobrych duszków remontowo – taklowniczych, przez wszystkich uczestników mniejszych czy większych etapów, rodziny naszych polarników, które dały im trzy miesięczną przepustkę a skończywszy na wszystkich którzy wsparli nas dobrym słowem czy uśmiechem. To nasze wspólne marzenie i wspólna nagroda ![]()

PoWODY do świetowania
Każdy świętuje co innego. Dla jednych będzie to niedziela. Dla innych urodziny. Dla nas na wyprawie świętem jest…prysznic. W rejonach gdzie pływamy nie ma marin. Nawet jeśli osada inuicka ma kawałek nabrzeża to nie uświadczysz na nim prądu ani wody. Trudno się dziwić. Nie ma tu wodociągów ani kanalizacji. Każdy dom ma swój zbiornik na wodę pitną. Gdy zaczyna się kończyć to dzwoni się po „water-mana” i woda przyjeżdza cysterną. Czasem się jednak zdarzy, że kierowca jest niedostępny bo pojechał na przykład na polowanie. Wtedy woda przyjedzie…za dwa lub trzy dni. Dostawy wody są oczywiście płatne, a jej jakość….Większość starszych Inuitów woli zimą topić śnieg.
My, na jachcie wodę produkujemy odsalarką. Wychodzi całkiem dobra. Odsalarka rządzi się swoimi zasadami. Nie uruchamiamy jej stojąc na kotwicy przy osadzie. Łatwo wydedukować co pływa w tej wodzie
Od opuszczenia Grenlandii zrobiliśmy już ponad 6000 litrów wody. Nie zawsze było łatwo bo wydajność membrany jest funkcją temperatury. Teoretycznie poniżej 4 stopni Celsjusza nie powinna działać w ogóle. Dobrze, że mamy tu taki mały patencik i trochę wstępnie podgrzewamy ocean.
Poszukiwacze złota
Wymiana pompy wtryskowej zakończyła się niewątpliwym sukcesem, ale nie da się ukryć – kosztowała fortunę. Same bilety lotnicze to kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nie mówiąc o pozostałych kosztach. Dzięki sprawnej akcji mogliśmy kontynuować żeglugę i uniknęliśmy zimowania w Arktyce. Teraz czas pomyśleć jak załatać mocno nadszarpnięty budżet.
Rozwiązanie znaleźliśmy w Nome. To alaskańskie miasto rozkwitło dzięki gorączce złota – która trwa tu do dziś. Bo złoto w okolicy jest i jest znajdowane dosyć regularnie.
Gdy tylko zdarza się spokojny dzień, cała ta futurystyczna flotylla rusza na przybrzeżne wody marząc o złotym piasku, my postanowiliśmy dokonać kilku przeróbek na Inatiz i także rozpocząć podobną działalność. Pompę PPoż już mamy. Resztę dobudujemy. Trafimy na odpowiednie złoże i będziemy bogaczami.

NWP za nami!
W cieśninie Beringa leżą dwie wyspy Diomede. Choć dzielą je tylko dwie mile morskie to zmieściła się pomiędzy nimi zarówno granica morska między Stanami, a Rosją jak i linia zmiany daty. Duża Diomede jest oczywiście Rosyjska ( u nich wszystko zawsze największe ) zaś mała należy do Alaski.
Na tym nie koniec wyższości bloku wschodniego. Podczas gdy na Alaskańskiej wyspie jeszcze poniedziałek to na jej większej siostrze jest wtorek. Przez chwilę mieliśmy dwa szalone pomysły. Przepłynąć między wyspami oraz na chwilę, wiecie tak dosłownie chwilkę przekroczyć linię zmiany daty. Zobaczyć co kryje jutro, a potem wrócić. Wydarzenia na Ukrainie jakoś zniechęciły mnie do tego typu zabaw. Dlatego grzecznie płyniemy właściwą stroną cieśniny Beringa.
Jednocześnie pragniemy zameldować, że dziś czyli w poniedziałek 16 września 2024 o godzinie 1229 jacht Inatiz przekroczył północne koło podbiegunowe kończąc tym samym North West Passage ze wschodu na zachód. Po 3500 milach w lodzie, mgłach i sztormach dołączyliśmy to grona zaledwie kilku jachtów pod Polską banderą które przebyły ten trudny Arktyczny szlak. Udało się w ostatniej chwili bo lód z nad Syberii prawie nas odciął.
I wiecie co w tym wszystkim jest najbardziej abstrakcyjne. Siedzimy na pokładzie i w promieniach zachodzącego słońca widzimy jednocześnie wtorek na Czukotce, Diomedy i alaskański poniedziałek 😀

Zdążyć przed zimą
Mamy dużo szczęścia. Pogoda zrobiła się już bardziej jesienna. Coraz częściej przychodzą sztormowe wiatry. Dobrze, że wieją nam w rufę. Morze Czukockie jest dość płytkie i szybko tworzy się tu wysoka fala.Tizzie gna przed siebie bijąc kolejne rekordy prędkości. Ona też już by chciała przekroczyć cieśninę Beringa i opuścić North West Passage zanim zamknie go lód przesuwający się od strony Rosji. To takie swoiste regaty z lodem. Na razie ślizgając się po falach mamy szanse wygrać
Na filmie wieje 8B ale nie czuć tego bo gnamy z prędkością prawie 8 węzłów…
W świetle zorzy
Emocje po przygodach z pompą trochę opadły i znów żeglujemy. Szczęśliwie, prawie cały czas z wiatrem. Noce z każdym dniem stają się coraz dłuższe. Ciemność oblepia nas niczym smoła. Nie widać dosłownie nic.
A w wodach przed nami mogą czaić się różne niespodzianki. Lód nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i czeka na nas przed cieśniną Beringa. Natomiast towarzyszą już nam kłody dryfującego drewna – w końcu płyniemy już wzdłuż wybrzeży Alaski. To naprawdę imponujących rozmiarów pnie..! Na razie spotkaliśmy trzy takie niespodzianki ale wszystkie udało się wymanewrować. Jeden z żeglujących przed nami jachtów zaliczył zderzenie z taką kłodą. Było podobno dość poważnie.
U nas drewno dryftowe bardzo mile widziane, ale tylko w kominku. I wolimy gdy trafia w małych kawałkach zejściówką – a nie w kłodach przez dziób. Dlatego wypatrujemy go nieustannie by w razie czego sprawnie ominąć nieproszonego gościa. Używamy wszelkich dostępnych opcji. Szperacza lub latarek. Jednak najlepiej żegluje się w zielonej poświacie zorzy polarnej. Wtedy widać wszystko 🙂

Happy End
Z opuszczeniem osady musieliśmy poczekać do piątku. Nie odważyłem się na próby silnika przy silnym wietrze. Za duże ryzyko, że złożyliśmy coś nie idealnie. Silnik zgaśnie, a my wylądujemy na brzegu. Wytrwaliśmy tyle dni. To jeszcze dobę mogliśmy poczekać. Wreszcie wiatr się uspokoił a podnieśliśmy kotwicę. Przez godzinę pływaliśmy po zatoce testując zmiany obrotów i rewers. Wyglądało to naprawdę dobrze. Część załogi twierdziła nawet, że brzmi lepiej niż przed awarią. Dla mnie najważniejsze, że brzmiał. Chodził równo i miarowo. Dokonaliśmy niemałej rzeczy. Czas ją podsumować:
Titans of the North
Mieliśmy w końcu w ręku wymarzoną część, ale po Ewie wyraźnie było widać ogromne zmęczenie: 4 samoloty, 40 godzin podróży i jeszcze nerwy w Vancouwer. Trzeba było jak najszybciej zawieźć pompę na jacht – a potem położyć Ewę spać.
Wrzuciłem pompę na tylne siedzenie Stevenowego pickupa i czekaliśmy juz spokojniej na resztę bagażu. Ze względu na (nie) wielkość lotniska nie ma tu taśmy. Bagaż wyjeżdza przed terminal samochodem z którego każdy odbiera swoją walizkę. W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna i zapytał:
– Cześć. Kto pozwolił Ci prowadzić ten samochód?
– Steven – menadżer osady. Odwiozłem go na lotnisko. Zgarniam koleżankę która przyleciała z pompą, a potem mam zostawić pickupa pod budynkiem Hammletu.
– Aaa pompa… A jesteś pewien, że to TEN samochód?
No i wyszło, że pomyliłem pickupy. Stały dwa srebrne koło siebie. Oba otwarte, z kluczykami w stacyjce. Dobrze, że mój rozmówca nie odjechał z naszą pompą. Zresztą nie odjechałby daleko. Tu praktycznie nie ma dróg.
Jeszcze przed dotarciem do osady dałem znać przez UKF, że pompa jest. Marek z Maciusiem mieli już zdemontowaną pompę chłodzenia oraz zbiornik wyrównawczy. Nie wytrzymali bezczynnie. Kacper czekał na plaży na pompę i lokalnych mechaników. Coś wreszcie zaczynało się dziać..!
Procedura montażu pompy wtryskowej nie jest łatwa. Kilka osób straszyło nas, że nie każdy mechanik potrafi to poprawnie zrobić. Cala zabawa polega na dokładnym ustawieniu położenia wału silnika. Należy znaleźć TDC (górny martwy punkt) pierwszego cylindra. Tylko wtedy pompa będzie podawała paliwo na kolejne cylindry w odpowiednich momentach. To bardzo istotne. Jakakolwiek niedokładność może objawiać się skakaniem na obrotach lub utratą mocy pod obciążeniem.
Na szczęście mieliśmy bardzo dokładną instrukcję. Przez ostatnie dwie doby przeczytaliśmy ją chyba milion razy, a Maciuś porobił notatki dla każdego punktu – wzbogacając obserwacjami z dostępnych w sieci filmików. Kilka razy skorzystaliśmy z video konferencji z polską, gdzie Mirek Bednarz cierpliwie tłumaczył i pomagał…
W końcu powoli punkt po punkcie Maciek z Billym zabrali się do pracy. Znaleźli TDC silnika, zablokowali starą pompę, zdemontowali ją i zamontowali nową. Operacja trwała około czterech godzin. W tym czasie wiatr zaczął się wzmagać. W zatoce pojawiła się fala.
Silnik był złożony. Pozostało odpowietrzenie instalacji. Czy zadziała? Czy to faktycznie była wina pompy? Pierwsza próba zakręcenia. Druga. Na wtryskiwaczach pojawiło się paliwo. Przy trzeciej próbie silnik odpalił. Na początku powoli, jakby budził się z długiego letargu. Trzeba mu jeszcze bedzie wyregulować poziom niskich obrotów.
Na wiatromierzu było już ponad dwadzieścia pięć węzłów…
Teraz niech sobie wieje. Mam silnik! Żyjemy!!


…na cuda trzeba chwilę poczekać
Plan zakładał, że Ewa weźmie pompę w bagaż podręczny i nie spuści jej z oka. Niestety w Warszawie uprali się, że to za ciężki przedmiot. W dodatku pachnący dieslem. Na nic zdały się tłumaczenia. Pompę trzeba było nadać jako bagaż rejestrowy. I tym właśnie sposobem Ewa przesiadła się w Frankfurcie na lot do Vancouver…a pompa nie. Jak na złość, urządzenie na wagę złota musiało się zapodziać przy przesiadce. Miny naszej załogi, gdy podzieliliśmy się wiadomością były pełne desperacji: Czyli pompa nie przyleci w czwartek. Następny samolot jest dopiero w niedzielę. Kolejne trzy dni oczekiwania, kolejne trzy kroki w stronę nadchodzącej zimy. I jacht unieruchomiony w nie do końca osłoniętej zatoce. Do tego konieczność przebookowania wszystkich dalszych lotów Ewy. Nawet nie chciałem o tym myśleć. Co prawda Ewa miała prawie 12 godzin na przesiadkę w Vancouver, lecz pompa była wciąż we Frankfurcie.
Trudno było usiedzieć na jachcie. Popłynęliśmy pontonem do osady. Jak na nieszczęście wszyscy napotkani mieszkańcy na powitanie pytali czy nasza pompa przyleci jutro. Co powiedzieć? Że mamy nadzieję? Steven na wieść o problemach z transportem tylko westchnął i stwierdził „To Kanada…tu wszystko trwa”. Nie było to pocieszające.
Potem zadziały się cuda. Nie mając nic do roboty poszliśmy na spacer na wzgórze. Panorama ze szczytu pokazywała dwa światy. Spokojna zatoka z samotnym jachtem pośrodku kontrastowała z widokiem na drugą stronę gdzie wściekły oceaniczny przybój z hukiem atakował wybrzeże. Przez chwilę wyobraziłem sobie zmianę kierunku wiatru. Nasz jacht, nasz pomarańczowy dom znalazł by się w potrzasku. Miałem co prawda z tyłu głowy plany B,C,D. Rozmawiałem z Inuitami o możliwości próby wyholowania jachtu. Ale to była ostateczność…
Schodząc w kierunku osady przystanęliśmy przy kamiennym kopcu. Coś kolorowego mignęło pośród kamieni. Schyliłem się – kamień pomalowany w barwy tęczy – i napis „Never give up because great things take time”. Chwilę później ktoś podnosi z ziemi drugi „Stay positive, work hard, make it happen”. Nie wiem kto stworzył te kamienie ale dał mi dzięki nim energetycznego kopa. Na jacht wróciliśmy w dużo lepszym nastroju. Gdy tylko telefon sparował się ze starlinkiem odczytałem kolejną wiadomość od Ewy:








