Zapowiedź zimy w Arktyce

Choć w Arktykę zawitała już jesienna pogoda, z ujemnymi temperaturami, deszczem i śniegiem, uczestnicy wyprawy Lodowe Krainy – Rosyjska Arktyka 2019 wciąż eksplorują wyspy w centralnej części archipelagu Ziemi Franciszka Józefa: Wylądowali na wyspie Jacksona, gdzie zimowali Nansen z Johansonem wracając z marszu w stronę bieguna północnego oraz odnaleźli ruiny fortu Mc Kinley, tragicznej pamiątki po ekspedycji Wellmana. Dwa miejsca, które muszą budzić emocje u każdego żeglarza polarnego. Swoje wrażenia przesłał nam Maciek Sodkiewicz, kapitan wyprawy:

„Półwysep Norwegia – z daleka to miejsce nie wyróżnia się niczym. Nieduża plaża u stóp stromej góry. Jedno z niewielu miejsc wolnych od lodu. Na plaży uderza cisza i pustka, nie ma tu nic – no prawie nic. Na niewielkim wzniesieniu, kilkanaście metrów od brzegu znajduje się płytka jama. Kamienie wybrano ciężką pracą dwóch par rąk i ułożono w niewysokie ściany, sięgające ledwie dziewięćdziesięciu centymetrów. Na nich jedna kłoda drewna dryftowego jako konstrukcja dachu, kiedyś przykryta skórami morsów. To właśnie tu, 28 sierpnia 1895 roku Nansen postanowił przeczekać zimę. Nie mogę w to uwierzyć. Przecież sierpień to pełnia lata jeszcze. Próbuję wyobrazić sobie to miejsce takie, jakim widział je Nansen. Z pewnością było więcej śniegu – przecież nawet w tym roku część kanałów pomiędzy wyspami nie odmarzła i dalej zabita jest zimowym lodem. Ale na razie trwa dzień polarny, kolorowe porosty chłoną światło krótkiego lata.

Ledwie kilka dni później mogę docenić roztropność wielkiego norweskiego polarnika.
Zima przyszła nagle i gwałtownie, z pierwszym jesiennym niżem temperatura spadła do -6C, a góry przyprószył śnieg. Pod nogami chrzęszczą zamarznięte porosty, lodowaty wiatr smaga twarz. Stoję na kamienistym półwyspie Ziemi Wilczka wpatrując się w mogiłę Bernta Bentsona. Kilka metrów dalej, pod osłoną skały, znajdują się pozostałości „Fortu Mc Kinley”. To ślad jednej z tragicznych i jednocześnie pięknych historii polarnych – o lojalności i wartości danego słowa.”

W 1898 roku, cztery lata po zakończeniu ekspedycji Nansena, Amerykanin Walter Wellman wyruszył w kierunku bieguna północnego. Pierwszy zimowanie wyprawy musiał zorganizować na zaledwie 80N, na południowym krańcu Ziemi Franciszka Józefa. Planując wymarsz na biegun wczesną wiosną, postanowił założyć skład zapasów w okolicy 82N. Na północ wyruszyła sześcioosobowa grupa Norwegów pod dowództwem Baldvina, zastępcy Wellmana.
Z powodu złej pogody grupa dotarła zaledwie do 81N, a Baldwin postanawił założyć bazę na półwyspie Gellera na Ziemi Wilczka. Pod osłoną góry zbudowali z kamieni chatkę dumnie nazwaną Fortem Mc Kinley. Konstrukcją przypominała on Nansenowskie zimowisko lecz była większych rozmiarów. U Nansena ledwie mieściły się dwie śpiące osoby. Tu wyodrębniono część składową oraz mieszkalną. Kamienne ściany zostały przykryte skórami upolowanych morsów.

Baldwin zarządzał swoją grupą przez żelazną dyscyplinę. Mogli żywić się tylko mięsem upolowanych niedźwiedzi i morsów. Zapasy miały pozostać nienaruszone dla głównej ekspedycji. Norwegowie – doświadczeni polarnicy m.in. z wyprawy Nansena – zaczęli się buntować, więc lider podzielił grupę. Na straży prymitywnej chaty zostawił dwóch najbardziej zdyscyplinowanych: Paula Bjorviga i Berta Bentzena. Z pozostałą czwórką powrócił do komfortowego obozowiska głównej grupy ekspedycji.
Bjorvig i Bentzen mieli pilnować zapasów, z których wolno im było użyć przez zimę tylko odrobiny kawy. Mieli żywić się mięsem upolowanych morsów, a spalany tłuszcz powinien zapewnić ciepło.

W listopadzie 1898 Bentzen poważnie zachorował i nie był w stanie chodzić. Bjorvik troskliwie się nim opiekował, jednak nie ośmielił się naruszyć zapasów. W trakcie niekończących się godzin nocy polarnej chory zwierzył się przyjacielowi, że najbardziej boi się rozszarpania i zbezczeszczenia ciała przez niedźwiedzie. Obaj uzgodnili, że w przypadku śmierci któregoś z nich, drugi poczeka z pochówkiem aż do wiosny. Bert Bentzen zmarł 2 stycznia 1899 roku.

Pod koniec lutego Wellman wyruszył na północ. Na początku marca w Forcie Mc Kinley powitała go tylko jedna osoba. W maleńkiej izbie w sąsiednim śpiworze leżały zamarznięte zwłoki Baldwina. Bjorvik dotrzymał obietnicy i przez prawie dwa miesiące dzielił miejsce z martwym przyjacielem.

Stacja polarna w Tichej Buchcie

Dokładnie 90 lat temu, 29 sierpnia 1929 roku w Buchcie Tichej, powstała całoroczna rosyjska stacja polarna. Nazwę zatoce nadał Gieorgij Sedov, który schronił się tu przed  jesiennym sztormem i zimował w latch 1913-1914. Załoga Lady Dana 44 również schroniła się tam przed załamaniem pogody, kowicząc przy brzegu 30 sierpnia wieczorem. Nasi żeglarze z niemałum zaskoczeniem stwierdzili, że urodziny stacji jeszcze trwały…

Było co świętować, bo historia stacji jest niezwykle ciekawa. W latach trzydziestych XX wieku władzom ZSRR bardzo zależało by była to stacja całoroczna. Aby podnieść morale polarników w czasie długich miesięcy nocy polarnej, pozwolono im zabierać do Tichej Buchty żony. Podobno obecność kobiet poprawiała higienę, łagodziła obyczaje oraz… zmniejszała spożycie alkoholu podczas zimowania.
Miała też inne konsekwencje, być może nie w pełni zaplanowane przez władze sowieckie: 27 kwietnia 1935 roku na świat przyszło pierwsze dziecko urodzone tak daleko w Arktyce. Było to niebagatelne wydarzenie. Rada stacji zebrała się, by kolektywnie wybrać imię dla pierwszej Arktycznej Rosyjskiej dziewczynki. Propozycję były niebanalne: Polarina,
Hookernaja (od nazwy wyspy), Nordlina, Polarissa, Arctina, Pomossina, Barentsa, Zefika, Bavaltina, Ledoxana (od lodołamacza) i Sevierina.
Ostatecznie świat powitał Sievierinę Josifovnę Bitrikin. Przed upływem roku dołączył do niej brat Rodwark (od rodziłsa w Arktikie ). W sumie na stacji urodziło się dziesięcioro dzieci.

Najważniejsze wydarzenia stacji, takie jak zawierane małżeństwa, narodziny, zgony, wizyty statków i samolotów zapisywano w specjalnej księdze pamiątkowej. Gdy stację zamknięto w 1960 roku księga przepadła. Odnalazła się po kilkudziesięciu latach na aukcji internetowej i szczęśliwym trafem została wykupiona przez pracowników Parku „Ruskaja Arktika”.
Oryginał po rekonstrukcji trafi oczywiście do muzeum, lecz wykonano wierną kopię i postanowiono kontynuować tradycję wpisów. Od  tego roku kapitan każdego przypływającego tu statku ma przywilej pozostawienia śladu po swojej obecności w Buchcie Tichej. Taki zaszczyt przypadł także załodze wyprawy Rosyjska Arktyka 2019. To trzeci wpis w nowym rozdziale księgi – i co ciekawe kapitan Maciek Sodkiewicz został poproszony o zredagowanie go po polsku. To ogromna frajda pozostawić trwały, polski
ślad w historii tego niezwykłego miejsca.

Kapitańskie urodziny

Choć w Archangielsku a nie na końcu świata, ostatni tydzień był dla wyprawy Rosyjska Arktyka 2019 niezwykle intensywny. Wracająca z Arktyki załoga liczyła na zasłużony odpoczynek w porcie, ale okazało się, jedyną opcją zatankowania jachtu jest przyniesienie tysiąca litrów paliwa…w kanistrach. Potem kapitanat portu stwierdził, że nie wypuści nowej załogi jeśli nie zobaczy kompletu certyfikatów STCW… Na koniec pogranicznicy przełożyli wyjście jeszcze o dwie godziny, by także zaakcentować swoją obecność. Finalnie kolejna załoga Lodowych Krain wyruszyła w nocy z czwartku na piątek w kierunku wysokiej Arktyki.

Tuż po przekroczeniu koła podbiegunowego rozpoczęły się urodziny kapitana – Maćka Sodkiewicza. Od świtu komunikator satelitarny odbierał potok ciepłych słów i życzeń, a przy śniadaniu dołączyły życzenia załogi. Było aż za pięknie. A że żaden kapitan nie dopłynie nigdzie bez jachtu, wyraźnie zazdrosna Lady Dana 44 postanowiła upomnieć się o uwagę. Silnik warknął kilka razy skacząc na obrotach sugerując, że także oczekuje prezentu. Impreza urodzinowa musiała poczekać. Maciek z Piotrkiem i Sebastianem wymienili filtry paliwa. Subtelny zapach ropy o poranku wypełnił mesę.

W tym czasie w kambuzie zaczął powstawać urodzinowy tort. Czujne kapitańskie oko wychwyciło wiśnie w syropie. Syrop został przechwycony a następnie podany z lodem lodowcowym przywiezionym w zamrażarce z poprzedniego etapu – i kropelką rumu.

Wreszcie przyszła pora na prezent od załogi – niewielką podniszczoną książkę. Była to „Podróż do bieguna północnego Fridtjofa Nansena” wydana w Warszawie w 1898 roku. Choć Maćka nie łatwo wzruszyć, tym razem chyba się udało. Kilka razy obracał ją w dłoniach nim w końcu wydobył z siebie pierwsze słowa.”Niesamowite..! Dwa tygodnie temu byłem w miejscu, gdzie Nansen zimował z Johansenem. Niesamowite…”
Nie można sobie wyobrazic lepszego prezentu dla polarnego żeglarza.

W ostatnich dniach Arktyka pokazała pazury…

W Arktyce pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Okno pogodowe, które nasi żeglarze wykorzystali do szukania drogi pomiędzy lodowymi krami na 82°N, musiało kiedyś się skończyć. Pytanie tylko jaką cenę przyjdzie za nie zapłacić.
Żegluga między krami lodowymi możliwa jest tylko na spokojnym morzu. Podczas zafalowania, wielotonowe tafle lodu stanowią śmiertelne zagrożenie dla jachtu. Na pierwszą wieść o zbliżającym się niżu i silnych północnych wiatrach kapitan zaczął się rozglądać za osłoniętym miejscem na przeczekanie sztormu. Musiało być wystarczająco płytkie, osłonięte z właściwego kierunku i wolne od lodu. Takich miejsc jest na archipelagu zaledwie kilka. Po skonsultowaniu sytuacji lodowej liczba możliwości zmalała do… dwóch. Po dobie żeglugi w kierunku wybranego kotwicowiska żeglarze zobaczyli zarys wyspy Heissa – niestety szczelnie otoczony polem lodowym, którego nie było na mapach i zdjęciach satelitarnych. Pozostało tylko mniej korzystne miejsce pod wyspą Champa. Do nadejścia wichury pozostały 4 godziny. Powinni zdążyć.
Tuż przed rzuceniem kotwicy jacht otrzymał pierwszy boczny podmuch wiatru – 40 węzłów – trochę mocniej niż przewidywała prognoza. Pod stromym brzegiem wyspy było spokojniej i kotwica pewnie złapała dno. Dwie godziny później nawet w osłoniętym miejscu siła wiatru dochodziła do 9B i jacht zaczął wlec kotwicę. Po drugiej próbie zakotwiczenia w sztormowym wietrze kapitan pozostawił włączony silnik na biegu naprzód – zmniejszyła się siła działająca na łańcuch kotwiczny i przez kilka godzin jacht stał dość spokojnie. Potem jednak sztorm wzrósł do 11B (zanotowano podmuchy 58 kt) i kotwica jeszcze dwukrotnie przestawała trzymać – konieczne było jej ponowne rzucanie. Nawet pod osłoną brzegu huraganowy wiatr rozfalował morze i zrywał grzywacze fal. Dopiero po 20 godzinach walki wiatr osłabł, a załodze wydawało się, że odetchnie.
Kiedy w Arktyce znów zapanowała cisza, wydawało się, że na powrót do Tichej Buchty wystarczy kilka godzin… Najpierw przyszła mgła. Z niej wyłoniło się gęste pole lodu w miejscu, w którym jeszcze dobę temu nie było ani bryłki. Huraganowy wiatr spowodował cielenie pobliskich lodowców na niebotyczna skalę i odciął Lady Danie drogę. Jacht znalazł się w potrzasku. Kanciaste, ostre bryły lodu, często wyższe od burt jachtu wynurzały się z mgły. Ciasno upchane, jedna przy drugiej, wypełniały całe pole widzenia. Ciężko było wypatrzeć jakikolwiek kanał wolnej wody. Kapitan wezwał całą załogę na pokład. W ruch poszły tyki lodowe i bosaki. Jacht, niczym jeż otoczony tyczkami, zaczął powoli przeciskać się przez gęste pole. Poruszał się głównie dzięki sile ludzkich mięśni. Zbyt duże było ryzyko uszkodzenia śruby napędowej przez podwodne części growlerów. Nie sposób powiedzieć ile godzin to trwało. Zegar stanął w miejscu. Liczyły się tylko kolejne bryły wypchnięte za rufę. W końcu przed dziobem pojawiła się otwarta woda.
– Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę jak bardzo jesteśmy zmęczeni. Byliśmy kompletnie przemoczeni, ale nie czuliśmy zimna – relacjonował kapitan Maciek Sodkiewicz. – To było najgorsze pole w moim życiu – dodał po chwili zastanowienia.

Pierwsi Polacy postawili stopę na Wyspie Rudolfa

Kierując się na północ żeglarze odwiedzili Zatokę Geografów (Ziemia Jerzego), oglądali z bliska przepiękne lodowce wyłaniające się z mgły, a przygotowując się do wyjścia ponad archipelag, nie mogli przegapić okazji i zeszli na ląd na Wyspie Rudolfa, będąc prawdopodobnie pierwszymi Polakami, którzy postawili na niej stopę! Po zameldowaniu się na 82°N zaczął się niespieszny powrót na południe.
Ziemia Rudolfa to najdalej na północ wysunięta wyspa archipelagu Ziemi Franciszka Józefa, a jednocześnie najwyżej położona w całej Eurazji. W ponad 95% pokrywa ją olbrzymi lodowiec klifowo opadający do morza. Udany desant wzbudził radość załogi tym bardziej, że sukces nie był z góry przesądzony – na drodze stały spore ilości lodu oraz wiatr i fale, które skutecznie potrafią uniemożliwić lądowanie na wyspie. Czujność żeglarzy i doświadczenie kapitana pozwoliły jednak cieszyć się z wizyty w Zatoce Teplitz i zwiedzenia tego dziewiczego zakątka. Pierwsza część załogi pod wodzą kapitana wylądowała dzięki odpływowi, który odsunął lód od plaży, druga natomiast zmuszona była powalczyć z pakiem lodowym, ponieważ postanowił otoczyć zarówno jacht, jak i ponton.
Historia odkrycia Wyspy sięga wiele lat wstecz – po raz pierwszy opisana została przez ekspedycję Payera w 1874 r., natomiast sama Zatoka ze względu na niskie i w większości pozbawione lodu wybrzeże stała się bazą wypadową dla ekspedycji pragnących dotrzeć na Biegun Północny. Jedną z nich dowodził na statku Stella Polare w latach 1899-1900 Luigi Amedeo di Savoia, książę Abruzzów. Plan zakładał dotarcie przez Archangielsk na Wyspę Rudolfa, zimowanie, a wraz z końcem nocy polarnej dalszą drogę na biegun saniami zaprzężonymi w psy. Wprawdzie wyprawa nie dotarła do zakładanego celu, a w kluczowym momencie zabrakło di Savoi (ze względu na utratę trzech odmrożonych palców w trakcie zimowania nie mógł prowadzić sań), ale osiągnęła rekordową szerokość 86°34’N, 21 Mm bliżej Bieguna niż Nansen i Johansen w 1895 r.
Kolejną ekspedycją docelowo zamierzającą zdobyć Biegun – a która wykorzystała dogodne ukształtowanie Zatoki – była wyprawa Fiali-Zieglera w latach 1903-1905 na statku America, ale i ona musiała uznać wyższość natury. Statek, jak wiele innych w tamtych rejonach, został zmiażdżony przez napierające masy lodu w trakcie zimowania. Wprawdzie już nie w Zatoce Teplitz, ale na Wyspie Rudolfa pochowany został Grigorij Siedow, który zmarł w 1914 r. dowodząc rosyjskimi eksploratorami.
Od lat 30. XX w. do połowy lat 90. działały również w Zatoce stacje badawcze zbudowane przez Sowietów – najpierw do 1941 r. większa, a po wojnie mniejsza, zarządzana zazwyczaj przez pięcioosobowy zespół. Ta druga, ze względu na trudny dostęp została zamknięta w 1995 r. Do dzisiaj zachowały się historyczne zabudowania, pozostałości elektrowni wiatrowej oraz budynków technicznych. Nieużywane od lat, wypełniły się lodem sięgającym sufitów.
Po utworzeniu Parku Narodowego Rosyjska Arktyka, w latach 2011-2012 dokonano inwentaryzacji budynków stacji i od tego czasu nie było tam żadnego człowieka. Tak więc lądowanie na tak niedostępnej wyspie załogi polskiego jachtu można uznać za wyczyn.

Lady Dana dotarła do granicy lodu

Po kilku dniach spędzonych na pomocy Rosjanom w pracach naprawczych i badawczych, załoga wyprawy ruszyła w dalszą drogę, by sprawdzić jak daleko na północ da się dopłynąć.

Klucząc między zatorami i polami lodowymi, żeglarze znaleźli drogę by wypłynąć nad archipelag i zameldować się na 82°00’N. „To bardzo dziwne uczucie wiedzieć, że przed tobą jest już tylko lód… aż do samego bieguna” – skomentował Kapitan Sodkiewicz. Po krótkim toaście rozpoczęto odwrót. Karolina i Michał chcieli uczcić osiągnięcie kąpielą w morzu, jednak musieli poczekać aż jacht dotrze do miejsca w którym rozlewisko było nieco szersze. Ich wyczyn wzbudził nie tylko podziw załogi (temperatura wody sięgała, bagatela, -0,8°C), ale i zainteresowanie foki, która potraktowała to jako zachętę do zabawy – zaczęła raźno pływać wokół nich i wyskakiwać z wody. Teraz Lady Dana 44 wraca już na południe mając przed dziobem zachwycające lodowce północnej części archipelagu Ziemi Franciszka Józefa.

To już trzeci raz, kiedy członkowie projektu Lodowe Krainy wypłynęli powyżej 82°N. Wcześniej, w 2013 roku na jachcie Barlovento II osiągnięto 82°10,55’N, a w 2015 rekordowe 82°37’N. Na obu wyprawach towarzyszyli Maćkowi Sodkiewiczowi Marek Zdebski oraz Darek Gadomski, którzy i tym razem znaleźli się w załodze.

Lady Dana pomaga w Arktyce

Zgodnie z dobrym obyczajem każda jednostka znajdująca się w Arktyce w miarę swoich możliwości i potrzeb pomaga innym. Załoga wyprawy Rosyjska Arktyka 2019 wspierając tę ideę, po jednym dniu poświęconym na regenerację sił, zapoznanie z obecnymi na wyspie Hookera Rosjanami oraz zwiedzanie najbliższej okolicy, ochoczo włączyła się do prac na archipelagu.

W Cichej Zatoce, której zabudowania służą jako główna siedziba Parku Narodowego Rosyjska Arktyka na archipelagu, znajduje się aktualnie niewielka ekipa Rosjan – od cieśli, przez pracowników technicznych, po naukowców. Wykorzystując obecność załogi polskiego jachtu, zaangażowali żeglarzy do pomocy. Na krótki czas Lady Dana zmieniła status na statek naukowo-transportowy. Po zaokrętowaniu dwóch stolarzy, geologa i historyka, jacht udał się na położone nieopodal wyspy.

Na wyspie Bell załoga pomogła w rozładunku desek i materiałów remontowych niezbędnych do naprawy dachu historycznego budynku – Eira Cabin – pochodzącego z 1881 r. Tę najstarszą zachowaną na archipelagu budowlę przywieziono w częściach na statku Eira aż z Norwegii. Każdy element został odpowiednio ponumerowany i przygotowany do złożenia. Do dzisiaj zachowały się na przykład numery desek podłogi. Po zakończeniu budowy wyprawa pod dowództwem Benjamina Leigh Smitha ruszyła by eksplorować nieznane dotąd obszary Ziemi Franciszka Józefa. Na wysokości Przylądka Flora (wyspa Northbrook) statek został uwięziony, a następnie zniszczony przez napierające masy lodu. Mimo tego udało się uratować część prowiantu oraz materiały, które wraz z zebranymi w okolicy kamieniami wykorzystano do budowy nowego schronu – Eira Lodge. Zimowanie Leigh Smitha na Florze nie było bardzo smutne, bowiem udało im się ocalić z tonącego statku 320 l rumu, 36 butelek szampana, 60 butelek piwa, 12 butelek ginu, 18 whisky i sherry. Upolowali również 34 niedźwiedzie polarne i 24 morsy, co pozwoliło wykarmić całą 25-osobową załogę. Do dzisiejszych czasów zachował się jedynie zarys kamiennej części chaty. Śladem historycznej wyprawy między wyspami popłynęli i nasi żeglarze, którzy przy okazji służyli wsparciem w dostawie materiałów do naprawy dziury w ścianie położonego nieopodal ruin Eira Lodge domku, wykorzystywanego przez ornitologów. Skąd dziura? Zrobił ją nie kto inny jak stały bywalec Arktyki – niedźwiedź polarny.

Kolejne przystanki to pięć pobliskich wysepek na których pod czujnym okiem geologa Jurija zbierano próbki minerałów do badań naukowych. Przy okazji pomocy, członkowie wyprawy zwiedzają okolicę, chociaż momentami jest to nieco utrudnione przez pilnujące swojego terytorium niedźwiedzie polarne. Mimo krótkiego pobytu, załoganci mieli już okazję podziwiać samicę dumnie kroczącą z młodymi oraz spotkać się z odmową udzielenia zgody na zejście na ląd. Niedźwiedź nie dość, że spotkawszy członków ekipy zmierzył ich wzrokiem, to jeszcze zaczął płynąć w ich kierunku, kiedy zbyt długo ociągali się z odwrotem i obraniem innego celu niż Przylądek Flora. Obecnie, po sytym obiedzie i wizycie (kolejnej!) w bani, załoga kieruje się na północ, aby eksplorować tamtejsze tereny.

Wyprawa dotarła na archipelag Ziemi Franciszka Józefa

Po niemal 9 dobach żeglugi, pokonaniu 1167 Mm i wiejącego praktycznie stale z północy wiatru, w piątkowy wieczór 2. sierpnia wyprawa Rosyjska Arktyka 2019 szczęśliwie dotarła na archipelag Ziemi Franciszka Józefa. Pierwszym przystankiem, zgodnie z planem, jest Cicha Zatoka (Tichaja Buchta) na wyspie Hookera.
W piątek rano w końcu zza chmur wyszło słońce, na morzu pojawił się pierwszy lód, a przed dziobem góry archipelagu Ziemi Franciszka Józefa. Po wejściu w pas wód terytorialnych Rosji, jeszcze przed wyspami, załogę przywitał dość gęsty pak lodowy dający przedsmak czekającej w najbliższych tygodniach przygody. Konieczność powolnego i uważnego lawirowania między lodowymi krami odsunęła nieco w czasie marzenia o obiecanej – przez czekających w Zatoce Rosjan – prawdziwej rosyjskiej bani. Mijane lodowe tafle, w większości dość płaskie (chociaż zdarzały się i takie mające 4 metry wysokości) wzbudziły entuzjazm załogi, jednak prawdziwy zachwyt wywołało sunięcie wzdłuż klifowego czoła lodowca – pionowej, wysokiej na kilkadziesiąt metrów ściany lodu, poprzecinanej licznymi szczelinami.
Powitanie wesołym lodowym labiryntem z wyspami na horyzoncie ukoronowane zostało osiągnięciem pierwszego celu – Cichej Zatoki. To tutaj w latach 1929-1958 nieprzerwanie działała rosyjska stacja meteorologiczna. Baza imienia G. Siedowa była pierwszą jednostką na archipelagu zaplanowaną i dostosowaną do stałego użytku. Liczba mieszkańców wahała się między 20 a 50. Co więcej, działała bez przerwy przez cały okres II Wojny Światowej! W 1931 r. doszło tutaj do ciekawego spotkania – niemieckiego sterowca Graf Zeppelin, który odwiedził stację w ramach międzynarodowej wyprawy badawczej, z kotwiczącym sowieckim lodołamaczem Małygin. Od 1958 roku, kiedy polarnicy przenieśli się do nowej stacji Krenkel na wyspie Hayesa, budynki zaczęły stopniowo podupadać. Kilka z nich wykorzystywano jako tymczasowe bazy ekspedycyjne, aż w 2011 roku Tichaja, przejęta przez park, zaczęła być remontowana i dziś stanowi główną placówkę Parku Narodowego Rosyjska Arktyka na archipelagu.
Kapitan podsumował krótko: „Fajnie jest wrócić na najwyżej położony i najbardziej niedostępny archipelag w Europie”.

Kolejni śmiałkowie ruszyli na północ

W środę 24. lipca nastąpiła wymiana załóg i kapitanów na jachcie Lady Dana 44. Kolejni śmiałkowie biorący udział w wyprawie Rosyjska Arktyka 2019, tym razem pod dowództwem kapitana Maćka Sodkiewicza, będą próbowali dotrzeć do Ziemi Franciszka Józefa.

Konieczność wypełnienia wszelkich formalności administracyjnych, a następnie zaprowiantowania prawie dwóch ton i przygotowania się na ponad 2000 mil żeglugi przez wody i lody Morza Barentsa, nie pozostawiła załodze zbyt wiele czasu na zwiedzanie Archangielska. Po przeanalizowaniu – ze wsparciem działu brzegowego – map pogodowych i lodowych, wyprawa punktualnie o godzinie 2300 czasu moskiewskiego ruszyła na północ.

Po około tygodniu żeglugi, pierwszym planowanym miejscem eksploracji będzie Cicha Zatoka na północno-zachodnim brzegu wyspy Hookera, gdzie znajdują się pozostałości po rosyjskiej stacji meteorologicznej im. Gieorgija Sedova, działającej w latach 1929-1958. Tam też na pokład zostanie podjęty jeszcze jeden załogant – strażnik Parku Narodowego „Rosyjska Arktyka”, którego zadaniem będzie ochrona załogantów przed licznie występującymi w tamtych rejonach niedźwiedziami polarnymi.

Trudne warunki lodowe uniemożliwiły poprzedniej ekipie zejście na ląd Ziemi Franciszka Józefa. Trzymamy kciuki, aby tym razem morze okazało się łaskawsze i pozwoliło na eksplorację tego położonego najdalej na północ archipelagu Eurazji.

Ziemie Franciszka Józefa jeszcze nie tym razem

Po ponad dobie żeglugi wzdłuż granicy gigantycznego pola lodowego przylegającego do południowych i wschodnich brzegów Ziemi Franciszka Józefa, jacht Lady Dana 44 zawrócił na południe, w kierunku Archangielska. Arktyka uznała, że jeszcze zbyt wcześnie, by wpuścić polskich żeglarzy daleko na północ.

Kapitan Ryszard Wojnowski wraz z załogą dotarli do granicy pola lodowego w środę po południu, osiągając szerokość geograficzną 79°02N. Przez ponad 24 godziny żeglowali na zachód wzdłuż południowej granicy lodu,
by upewnić się, że nie znajdzie się w nim przejście na północ. Niestety, pole lodowe okazało się być szerokie na 60 mil i bardzo zbite, co tylko potwierdzają satelitarne obrazy oglądane przez zespół brzegowy.

Załoga wyprawy Rosyjska Arktyka 2019 miałaby apetyt na próbę opłynięcia ogromnego jęzora lodowego zagradzającego im drogę, tak by dotrzeć do archipelagu od zachodu. Dodatkowe 300 mil dla szybkiego jachtu to ponad 2 doby żeglugi w stosunku do planu – i to dałoby się nadrobić. Jednak administracja rosyjska bardzo precyzyjnie określiła, że jacht może wpłynąć na wody otaczające Ziemie Franciszka Józefa wyłącznie od południa, w precyzyjnie określonym punkcie. A że z rosyjskimi przepisami i lodem w Arktyce nie da się negocjować, kapitan podjął trudną decyzję o powrocie.

Na szczęście to dopiero pierwsza z trzech prób dotarcia na Ziemię Franciszka Józefa zaplanowanych w ramach wyprawy. Kiedy Lady Dana 44 wróci do Archangielska, pałeczkę przejmie kapitan Maciej Sodkiewicz. Oby dla niego Arktyka była bardziej łaskawa!